Szybko wyszedłem

Znów byłem sam w kinie. Dziwne. Zawsze uważałem, że jest to czynność, którą wykonuje się we dwoje. Jest niepodzielna. Dwie cole, popcorn mały i duży, dwa przedarte bilety, oparcie krzesła zajęte przez stykające się łokcie, dwa płaszcze na jednym kolanie. Wspólna ciemność skupiająca źrenice w tym samym momencie, drętwiejące nogi podane do rozmasowania, ciepłe ramiona, które łatwo trafiają na siebie. Nie jest potrzebny żaden lektor, aby usłyszeć tłumaczenie, że w kinie siedzi się we dwoje, tak cicho jak w kościele.

Przecież filmy kręci się dla par, dla podwójnej sprzedaży biletów. Seanse specjalne, rabaty, promocje dwa w cenie jednego dla tych, którzy do kina wchodzą trzymając się za ręce. A i jeszcze sensacyjne odkrycie: w kinie nikt się nie kłóci, nikt nie przechodzi przez horror nagłego rozstania, nie ma fantastycznych spotkań trzeciego stopnia, tylko wspólne wpatrywanie się w światło ekranu. Niepodzielnie wartka akcja, śmiech, płacz, smutek, koszmar tego, że za chwilę pojawią się końcowe napisy.

Samemu siedzi się jakoś… niewygodnie. Na krawędzi sali. Jakby zaraz miało się wyjść lub pojawi się ktoś z obsługi i powie: – Pan tu nie siedział, to miejsce zarezerwowane dla tych, którzy się spóźnili.

Niepodzielność z uwagi na swoją stałą naturę nie może ulegać zachwianiu. Nie może ulegać drugiej zasadzie termodynamiki i udawać, że zgodnie z nią rozpada się na części.

Pojedynczy fotel w kinie wyglądałby głupio i pewnie dlatego nikt nigdy nie zbuduje kina dla samotnych, bo to jest niezgodne z prawami fizyki.

Dzisiaj znów byłem w kinie sam… udawałem, że mi się nie podobało: Gajos ledwo dyszał, Więckiewicz znów pijany, zwroty akcji zapożyczone na raty z amerykańskich filmów…

Szybko wyszedłem tylnym wyjściem dla zakochanych.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *