Czerwień

Przedstawiciele handlowi, dyrektorzy, zastępcy dyrektorów, właściciele małych firm, bogaci, nowobogaccy podpisując jakieś zobowiązanie, umowę handlową z naszą firmą, oczekiwali jeszcze czegoś. Nocnych przygód, wędrówek za naszą kasę. Dobrego jedzenia, tatara w kilogramach, głębokich kieliszków i dyskrecji. A ja jako pracownik działu marketingu musiałem im taką zabawę zapewnić. Niestety moja kreatywność kończyła się zaraz po 22:00, gdy w lokalach zamykali kuchnię, nagle zaczynało brakować zimnej wódki, znikały wszystkie dziewczyny. Co jeszcze jesteś w stanie wymyślić w tym smutnym jak psia dupa mieście? Gdzie zabrać tych zasmarkanych biznesmenów? Tych panów w wygniecionych koszulach, na których pot wymalował kontynenty plam. Pod pachami Bieguny, na klatce piersiowej samotna Australia, a pod nią, bliżej rozporka upieprzona keczupem jak krwią Afryka. Wyglądali jakby ktoś ich okradł, zabrał im miliony z bankowych kont i zostawił kilka litrów wódki, żeby zapomnieli kim byli. Zupełnie inni ludzie. Jeszcze parę godzin wcześniej rozmawialiśmy o strategii, o hasłach, wycenach kampanii reklamowych, wspólnym interesie i szybkim zwrocie z inwestycji. A teraz słaniających się na nogach będę wiózł do jedynego miejsca, które przychodzi mi do głowy. Jednak źle mówię, do miejsca, do którego zawsze ich zabieram z dwóch powodów: bo nie ma nic lepszego, a po drugie tylko tam dostaną to, czego teraz pragną. A jak to dostaną, to będą wobec mnie zobowiązani. Nie za to co ich tam spotka, tylko za to, bym nigdy nikomu o tym nie opowiedział.

– Młody, a ty lubisz się zabawić? Co? Lubisz nuty?- pytanie zadaje mi facet w średnim wieku, elegancko ostrzyżony, w koszuli wartej więcej niż moja wypłata. Ojciec trójki dzieci, pięknej żony, alkoholiczki. Podobno dziewczyna pije wódkę z mlekiem na śniadanie, żeby dzieci nie poznały. Facet dostał “Gazelę Biznesu” za rozwój produkcji papieru toaletowego.  

– Ja was dzisiaj tylko wożę, jestem szoferem.

– Kurwa młody, przyjedź kiedyś do nas. Mamy takie kurwidołki, że majtki ci same opadaną. Serio. Tam są najpiękniejsze kobiety na świecie. Jakie tylko sobie wymarzysz. Normalnie palce lizać… o tak… cmok. Trzy piętra dziwek. I one wszystkie będą cię kochać młody. Każda. Wyobrażasz to sobie? Dom pełen kurewskiej miłości. Ja cię życia nauczę młody, zobaczysz.

Stać mnie było tylko na uśmiech i wyplute:

– OK.

Nigdy nie woziłem ich do burdelu w ciągu dnia. Zawsze w zupełnej ciemności, wilgoci ulic, w jesienne i zimowe noce, w wiosenne roztopy, w śnieżyce ich bezczelnych uśmiechów, z chłodem ich opowieści, o tym co oni tam będą z tymi dziewczynami wyprawiali. Dla mnie to było zawsze działanie marketingowe, z wystawioną FV na koniec. Nic więcej.

Przypominam sobie jeden wieczór. Właśnie grudniowy. Wigilia wigilii. Rozliczenie bonusów, kawa na ławę, nie pod ławą. Ostatnie pijaństwo tego roku. Ten co dostał „Gazelę Biznesu” ciągle mnie wypytywał, a czy będą ładne dziewczyny i czy znam którąś z nich, że może zabierzemy ją do hotelu i będzie taniej. A mi rzygać się chciało od tego wszystkiego. Marzyłem żeby ich tam tylko dowieźć. Żebym nie musiał z nimi o tym gadać, ani ich słuchać. Niech idą do tych dziewczyn i zostaną tam na noc. Niech na śniadanie z tymi kobietami pójdą, do jakiejś jadalni zakładowej. Będą sobie kawę parzyć i robić jajecznicę. A ja po nich przyjdę rano, kiedy będą trzeźwi. Jednak stało się inaczej. Tego wieczoru mam czekać przy barze, bo to zajmie tylko godzinę, może dwie.

Pieprzone bary. Wszystkie takie same. Moje przekleństwo. Przy jakim nie usiądę to mam deja vu, jakbym w ogóle od nich nie odchodził. Ciągle trafiłam na identyczne, na ten sam projekt, który opatentował jakiś ograniczony w wyobraźnię projektant wnętrz. Albo genialny, bo wymyślił patent na tanie konstrukcje i te bary wysyła w paczkach. Montują komponenty w jakiejś stodole na Mazurach, bo mają pod dostatkiem starych niemieckich cegieł, wiatrołomów z Puszczy Piskiej i robią takie jako podstawowe wyposażenie każdego burdelu w Polsce. Zamawia się taki bar przez internet i DHL na drugi dzień wnosi kartony. Potem właściciele razem z dziewczynami siedzą i skręcają to badziewie godzinami. Wyrywają sobie z rąk instrukcję i konstruują.

– Tu masz blat i śrubę numer 3. Tu wbij kołek, tu trzeba mocno przytrzymać i uderzyć młotkiem.

I testują. Siadają na wysokich krzesłach, bujają się, krzyczą, że jednak tandeta Dziewczyny zaplatają nogi, mówią że niewygodne, że źle się prezentują, że spódnice wygniecione od tej niewygody, że jeszcze taka co ma długie nogi to da sobie radę, ale my niewysokie będziemy tu nisko upadać. I w tym wszystkim ja – patrzę na tę kurewską robotę z barem i nie mogę uwierzyć, że oni tym całe Podlasie zalali. Wszystkie burdele są takie same, nawet mają takie same dziewczyny, takie same drinki, takie same wysokie krzesła. Wszystko wyprodukowane w lesie na Mazurach.

Wchodzą dziewczyny. Kobiety pachnące lateksem. Dosłownie. Zapach zamontowany na stałe w ciało, zaaplikowany w skórę ciągłym korzystaniem z niego. Nie jest owocowy, słodki, tylko gorzki, cierpki, przesypany talkiem, aby łatwiej się go wdychało, aby był wygodniejszy dla każdej wilgotnej części układu oddechowego. Nie wyprodukował go Durex czy Unimil tylko to zapach z Chin, z kontenerów, które pordzewiałe płyną miesiącami do Europy. Zapach spracowanych małych, chińskich dłoni, które pakują go w sterylne etui. Woń taniego szczęścia.

Dziewczyny w strojach roboczych, skąpe bluzki, różowe koronki, białe, czyste, dla niepoznaki, że bywają spocone w pracy. Włosy zaplecione z tyłu, spięte gumką, którą łatwo rozerwać i zasłonić włosami twarz lub za nie złapać, jak za rączkę w autobusie. Żeby się nie wypierdolić z łóżka na brudną podłogę. Kobiety wylizane do kości. Zużyte. Wygniecione łapami. Ich piersi udają, że są jędrne, ale opadają do pępka, naciągają skórę do granic możliwości. Widać z daleka, że jest miękka, łatwo wpadająca w dłonie. Kobiety zbyt długo rozciągane w pościeli, mają tendencje do poddawania się namiętnej grawitacji. Taka robota.

Uśmiechają się. Każda. Usta przemalowane czerwienią. Ciągle przekrwione, ciągle podniecone, niekończąca się rozkosz rozchylonych warg, za którymi niekoniecznie są wszystkie zęby. Ale to chyba nie jest ważne. Jedna z nich gramoli się na podest, łapie za przykręconą do ziemi i sufitu rurą. Jest tak pijana, że znosi ją na lewo i prawo. Pewnie znalazła w sobie trochę odwagi, a może naoglądała się filmów, i doszła do wniosku, że potrafi wykonać jakiś erotyczny piruet, ale bezwładnie ląduje na ścianę i już więcej nie próbuje. Ktoś włącza kolorowe światła: żółte, czerwone, niebieskie, plamy gryzą ciała dziewczyn i twarze zapatrzonych facetów. Moje nowobogackie zuchy ślinią się, zaczynają odklejać swoje plecy od kanapy, która przez te światła robi się raz czarna, niewidoczna, raz różnobarwna. Jakby stała się jedną z tych kobiet, które będą dotykać, ale najpierw próbują jak to będzie na siedzeniu jej kanapy, na jej oparciu, drapią nerwowo paznokciami, ściskają, gniotą.

Z tego tańca świateł słyszę tylko:

– No szto? Pajdziom? Niet? Eee pajdziom. No szto ty, giej? Nie bajusja, twaja żana nie budziet wiedziet? No… malczik. Ty saldat, ty gieroj… Nie budziesz żalować.

Marketing w czystej formie. Dziewczyny oferują to czego oczekuje klient. Budują zaufanie, odpowiadają na każde pytanie i na każdą prośbę. Rozwiązują problemy na korzyść klienta, pomagają, zaskakują otwartością i podkreślają, że nie z każdą będzie ci tak dobrze jak z nią. Wielu marketingowców lub sprzedawców mogłoby się od nich nauczyć.

Moje zuchy znikają jeden po drugim. Idą za rękę, jak pobrudzeni chłopcy, których nauczyciel prowadzi do łazienki. Zataczają się, kołują do obrzydliwych pokoi, z których bije czerwień zasłon. Jeżeli bym za nimi poszedł, to pewnie bym się napatrzył jak lądują płasko, jak spadają z nich koszule warte więcej niż ta dziewczyna, która ją zdejmuje. Pewnie bym się nasłuchał mlasków, przełykania śliny, krzyków kiedy czerwień z firan wpełza na ich ciała, wypala policzki i drętwieje w wyprostowanych stopach.

W sali z barem robi się pusto. Wszyscy pracują. Jednak pojawia się ktoś. Dziecko? Niewielka dziewczynka. Wygląda jak dziecko, które przyszło z matką do pracy, a ta ma ręce zajęte robotą, więc mała szuka sobie czegoś do zabawy. Patrzy się na mnie, zagryza dolną wargę i idzie. Wdrapuje się na wysoki stołek barowy. Patrzy mi się prosto w oczy.

– A ty saldat? Chacież iść?

– Mów po polsku – szybko odpowiadam, chociaż dobrze rozumiem rosyjski.

– Chciałbyś iść ze mną?

Dziecko – myślę sobie – przecież ja w pracy jestem. Ja dzisiaj – szafior.

– Nie dziękuję. Czekam na kolegów.

– Nie podobam ci się?

– A ile ty masz lat? Wyglądasz jakbyś ze szkoły uciekła.

– Wystarczająco. Kobiety o wiek się nie pyta. Wot interstny cziełowiek…

– Interestny… chyba na mnie nie zarobisz. Niestety.

– To chociaż mogę z tobą posiedzieć? I tak nie mam nic do… roboty.

Dziewczyna miała delikatną twarz. Spokojne, ciepłe oczy. Wyglądała jak czyjaś młodsza siostra, czyjaś nieszczęśliwa miłość, jakiegoś młodego chłopaka opętanie.

– Dziwne, że koledzy tego… a ty tu sam siedzisz.

– Już nie sam, tylko z tobą.

– Natka jestem.

– Cześć Natka.

– Zaschło mi w gardle. Postawisz coś do picia?

– Panie Krzyśku, poproszę o piwo dla pani Natki.

– 25 zł – odpowiada barman.

– Nie będę się ciebie pytał skąd jesteś i co tu robisz, ale spróbuję zgadnąć. Dobrze? Pochodzisz z Ukrainy lub Białorusi. Po akcencie sądzę, że z Białorusi. Masz męża i dziecko lub dwoje. Pracujesz żeby zarobić na godziwe życie w domu. Wracasz tylko na święta, a rodzinie opowiadasz historie, że sprzątasz domy bogatych Polaków. Tylko, że w tym kraju bogaci ludzie nie przyznają się do tego, że są Polakami i że stać ich na sprzątaczki. I tak pewnie okłamujesz siebie i wszystkich wokół, że jest ci tu dobrze.

Na twarzy dziewczyny nie pojawiło się nic. Ciągle ten dziwny spokój, którym była wręcz przepełniona.

– Nie pamiętam po co to robię. Praca jak praca. Przyjeżdżam, rozpakowuje się, przychodzę tu wieczorami. Rozmawiam z facetami. Czasami to boli, jak to się mówi po polsku… tęskni za domem. Ale ja tu mam swoje sztalugi, rysunki, obrazy. Wiesz, że dziewczyny mi czasami pozują? Jakie one są krasiwe, śliczne znaczy.

– Co robisz?

– Maluję.

– Ty tu malujesz obrazy?  Tu w burdelu?

– No tak. W swoim pokoju. Chcesz zobaczyć?

Natka łapie mnie za rękę i prowadzi do ostatniego pokoju w korytarzu. On również płonie czerwienią. Na ścianach wiszą portrety, przy łóżku obrazy z pejzażami, znajome mi ulice, kościoły, spacerujący ludzie. W powietrzu unosi się zapach farb olejnych.

– Ładne?

– Niezłe. Ten niebieski przypomina mi trochę Shiele. Ta kobieta… to naprawdę dobry obraz.

– Shiele malował z wyczuciem. Dobry był. Zawsze mi się podobał. Ja tu mam pełno podobnych do jego modelek koleżanek. Znajesz saldat, że one chcą, żeby je malować. Płacą mi więcej za taki obraz, akt znaczy niż zarobią przez pół nocy ze swoimi klientami. Lubię je malować, a one lubią pozować.

– Jezu – wyszeptałam – masz rękę Natka. Naprawdę.

– Dziękuję, chcesz to pokażę ci ostatni mój…

Nagle z sali barman Krzysztof zaczął wołać:

– Natka, Natka idzi siuda. Masz klienta.

Dziewczyna popatrzyła mi w oczy.

– To ten, który stoi pod oknem. Podoba mi się światło. Namalowałam go wczoraj rano. Bo tu ten kościół niedaleko i on w tym świetle… wyglądał tak pięknie.

– Natka, kurwa, Natka – barman, wołał dalej.

– Muszę już iść sałdat. Muszę iść.

Wyszliśmy razem. Dziewczyna wbiegła na salę. Ja za nią. Usiadałem przy barze. Na czerwonej kanapie siedział wielki facet. Nadwaga nie pozwoliła mu na szybkie powstanie, musiał się dwa razy zabujać, żeby stanąć na nogi.

– Natka, pan ma tutaj pewne życzenia, specjalne życzenia. Dogadaj się w pokoju, dobrze?

– Cześć jestem Natka.

Grubas tylko chrząknął i ruszył pierwszy ciemnym korytarzem. Usłyszałem tylko:

– Wiesz, nie przestrasz się trochę. Bo ja maluję tutaj obrazy, rysuję…

– Naprawdę? Nie pierdol.

Drzwi zatrzasnęły się za nimi.

Byłem trochę skołowany tym co się wydarzyło. Siedziałem przy barze jakiś czas, aż moje zuchy-biznesmeni opuścili pokoje. Zapakowałem zmęczonych do samochodu. Zawiozłem do hotelu.

Kiedy wracałem, wiedziałem, że już nigdy nie będę zajmował się marketingiem. Już nigdy nie będę organizował wyjazdów służbowych. Już nigdy nie będę zgadywał czyjegoś życia, bo na tym znam się jeszcze gorzej niż na marketingu.

W głowie zostały mi tylko usta tej dziewczyny. Usta Natki, nie przemalowane na czerwono, tylko naturalne, spokojne, ciche.

7 Comments Czerwień

  1. ktokolwiek

    Nie `Czerwień`, a `Sprzedaż pośrednia`. Mamy tu kupującego, sprzedającego, towar i pośrednika. Ach ten magiczny okres przedświąteczny. Wszystko można sprzedać, nawet siebie.

    Odpowiedz
  2. Nie mam słów

    No cóż to transakcja, a sprzedawanie siebie jest stare jak świat. Nie koniecznie sprzedawanie swojego ciała, ale mówi się np.: idź i sprzedaj się jak najlepiej. Handlowanie sobą mamy we krwi, każdy się sprzedaje, tak czy inaczej… jest to czynność zachodząca między sprzedającym, a kupującym.

    Odpowiedz

Odpowiedz na „ObleśnyAnuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *