Cola nie jest do picia

Moja siostra kupiła mieszkanie. W Warszawie. Wreszcie na swoim. Na kredyt, na całe życie zamieszka w 53 m². Matka płacze nie wiadomo dlaczego, ojciec chodzi, za serce się trzyma, wzdycha, wspomina swój stan przedzawałowy. Wszyscy drżą, o to czy ona da radę to spłacić, czy nie zachoruje, nie wykończy się w jakiejś korporacji. Takie szczęście, co się w klątwę nagle obróciło. Bohaterski czyn mojej siostry zaskoczył wszystkich, którzy ją do tej pory wspierali. Taki paradoks posiadania własności, swoich czterech ścian wypożyczonych od jakiegoś banku na trzydzieści lat.

– Dobrze, że za złotówki – mówi ojciec – bo za te franki przeklęte… to zobaczcie co się dzieje. Całe narody z tej Unii występują. A jak my wystąpimy, to ta zagranica przyjdzie i odbierze te zadłużone mieszkania. Całą Polskę zagarną za te kredyty. Zobaczycie jeszcze. Ja wam to mówię. Ja to nie jedno w życiu widziałem, a ich to bym tu raz, dwa załatwił.

Kim są “ICH” – licho wie. Ojciec zawsze potrafił znajdować sobie wrogów: a to Ruscy, a to sklepikarz, sąsiad z psem i jego gruba żona, jego własna żona, jego brat. Potrafił nawet wkurwić się na siebie samego. Cóż wrogowie są wszędzie.

On często powtarza, że wszystko by inaczej zrobił, znaczy “załatwił”. Po swojemu. Tajemnicze stwierdzenie, które kryje jego nieziemskie umiejętności negocjacji, wywierania wpływu i wyszukiwania okazji.  Nasze mieszkanie tak “załatwił”. Końca lat osiemdziesiątych niestety nie pamięta. Ale “załatwił”. Postawił na swoim. Pił dwa lata z prezesami różnych spółdzielni, ale “załatwił”. Pomnik mu powinni wybudować za tę jego wytrwałość w dążeniu do celu. Niektórzy, ci prezesi znaczy, to do tej pory go odwiedzają i dalej coś tam “załatwiają”.

No i wyszło tak, że ojciec tej mojej uciśnionej przez zachodnie banki siostrze, postanowił mieszkanie wyremontować. Oczywiście włączając mnie w ten swój plan ratunkowy.

– Rodzina jest po to, żeby sobie pomagać – darł się do słuchawki. – Wierz mi dziecino, że ci co robią te remonty, w tej Warszawie to cię tylko z pieniędzy okradną. Bez dyskusji. Postanowione. Ja i twój brat to zrobimy.

Biorąc tak na logikę, to ekipa remontowa skończyłaby to w jakieś sześć dni. Ojciec przewidział, że przy dobrych wiatrach skończymy w cztery weekendy. Ja z ojcem. W Warszawie, która go denerwuje, jest komunistyczna, pełna złodziei, pederastów i Bóg raczy wiedzieć kogo jeszcze.

Do stolicy mieliśmy jeździć jego samochodem. Małolitrażowe, plastikowe badziewie. Włoskie, nietrwałe, psujące się badziewie.

– Wiesz synu, ja sobie myślę, że my z matką to za rok kupimy nowe auto. Nowego Fiata. A ten oddamy tobie. To solidny samochód. Prawie bezawaryjny – i poklepał kierownicę jak klacz po zadku.

Nowy Fiat czyli taki co ma z osiem lat. A to bezawaryjne auto, które miałem dostać z dobroci serca mojego starego, pewnie przejeździ ten remontowy miesiąc i znów zapadnie na tydzień w ciemności jakiegoś warsztatu samochodowego.

Plastikowe cudo nie przekraczało 100 km/h. Ja w życiu tak ślimazarnie nie jeździłem. Wyprzedzały mnie zakonnice, motocykliści, autobusy z dzieciakami. Dosłownie wszyscy. Pewnie na jakieś prostej we wsi to i furmanka by nas wyprzedziła. Ale mój ojciec, tylko tyle:

– Widzisz synu, dobrze jeździsz. Bezpiecznie. Wolniej jedziesz, dalej będziesz.

Ja byłem świadomy tego, że my ze starym stwarzaliśmy zagrożenie na drodze. Zwalnialiśmy ruch, zatykaliśmy trasy ekspresowe. Byliśmy obrażani, szykanowani i spychani na pobocze przez wszystkie europejskie Tiry. Wszystko w imię remontu mieszkania mojej siostry.

Ojca stolica dusi. Dosłownie. On dostaje ataku astmy. Wyciąga jakieś fiolki, łyka tabletki i popija wodą gazowaną. Klnie, szydzi, mądrzy się. Komentuje korki, włącza się w dyskusje z innymi kierowcami, chociaż oni go nie słyszą, ani on ich. Siedzi purpurowy i pyta się jak daleko jest ten cholerny Mokotów.

– Spokojnie ojciec, bo znów zawału dostaniesz – mówię.

– Cicho siedź gówniarzu i jedź. Ja znam to miasto, ja widziałem jak oni je budowali. Wszystko na kurestwie było zbudowane i dalej na kurestwie się toczy.

Co miałem z nim dyskutować, najwyraźniej ojciec na kurestwie zna się jak nikt inny.

Kiedy szczęśliwie dotarliśmy do miejsca naszego przeznaczenia, dowiedziałem się, że mój ojciec zabrał ze sobą cały warsztat. Wszystkie narzędzia, które miał w domu, w piwnicy, od sąsiadów napożyczał. Wiertarki, szlifierki, maszyny do przycinania płytek, mieszadła, młotki, kilofy, siekierki… w chuj tego. Miał nawet taką starą wiertarkę na korbę.

– Na jaką cholerę ci ten zabytek? – pytam go.

– A na taką, że to stare budownictwo, to i narzędzia stare są potrzebne.

Kurwa co za logika, geniusz normalnie.

– Z resztą, nie ty będziesz wiercił tylko ja. Do tego potrzebna jest precyzja, a ty to się tylko do malowania ścian nadajesz. Duży i głupi, w tym szkód nie narobisz.

I takim sposobem zostałem oddelegowany do wynoszenia śmieci, robienia zakupów, wnoszenia ciężkich rzeczy. Oczywiście z obietnicą otrzymania wreszcie ważnego zadania jakim jest malowanie ścian. To akurat ojciec mógł mi powierzyć. Łaskawie.

On w tym mieszkaniu pracował tak jakbyśmy budowali trzecią linię metra. Jakby chciał zapracować na tytuł przodownika pracy, jakby chciał tej całej Warszawie pokazać, że on takie remonty to w cztery weekendy ogarnia bez zająknięcia. On wierzył, że ktoś za ten jego wysiłek da mu medal, albo co najmniej jego imieniem i nazwiskiem nazwą jakiś plac w stolicy. Będzie parada, biało-czerwone goździki, dzieci w kurpiowskich strojach. I ojciec, w gajerku, w przyciemnianych okularach będzie stał na mównicy i zamiast do tłumu do mnie bezpośrednio przez ten mikrofon:

– Widzisz synek, tak się zapierdala!

Będą delegacje z zakładów pracy, zdjęcia do prasy. Napiszą o nim w „Muratorze”, a może nawet wywiad z nim zrobią do „Czterech Kątów”:

Człowiek, który sam wyremontował mieszkanie córki.

Człowiek na granicy zawału poświęcił się i dał radę.

Samotnie pokonał Warszawę. Don Kichot z prowincji.

Tak nam minęły trzy weekendy. Ja nosiłem, a ojciec wiercił i robił wszystko inne. Oczywiście wieczorami musiałem z nim pić i słuchać tego, co on by tu poprawił, kto źle wymurował ścianę, koślawo wykonał hydraulikę i sprowadził na ten kraj bankowców-złodziei. Horror.

W czwarty weekend do pomocy został podesłany, przez moją siostrę, mój przyszły szwagier. Chłopak młody, cherlawy, po filozofii. Szeroki światopogląd, oczytany, pełen zapału. Nieświadomy tego, że jego przyszła żona zrobiła to z czystą premedytacją, bo liczyła na to, że się trochę poznają: jej przyszły mąż i ojciec. Co za durny pomysł, przecież to tak jakby tego filozofa rzucić do walki w klatce. W jednym narożniku on z książką Freuda, w drugim mój ojciec z ostrą szpachelką i wiadrem zaprawy. Nokaut w pierwszych trzech sekundach. Wszystkie teorie filozoficzne, psychologiczne leżą i się wykrwawiają, a ojciec krzyczy:

– Widzisz gówniarzu, to przez to, że studia kończyłeś w Warszawie.

Nic to. Filozof został powierzony mojej opiece i razem zaczęliśmy malowanie. On odcinał rogi, ja leciałem wałkiem z sufitem i ścianami. Gadaliśmy o głupotach, więc czas mijał nam szybko. Ojciec wpadał na wyrywkowe kontrole. Wyprostowany, profesjonalny fachowiec rozglądał się i mówił:

– Robicie to na odpierdol. Sobie w domu też tak będziecie malowali? Ja nie wiem. Chyba będziemy musieli tu jeszcze za tydzień przyjechać.

No nie. Ja już więcej z nim nie wytrzymam. Filozof staraj się, bo twój przyszły teść zamknie nas tutaj na kolejny miesiąc. Poświęci nasz wysiłek dla celów wyższych. Dla idealnego wyglądu tego mieszkania jest w stanie wykończyć swojego syna, a ciebie nawet nie zauważy jak padniesz martwy.

– Tato, jak wyschnie będzie dobrze.

– Będzie dobrze… taaaa.

Nie wiem jak, ale w sobotę wieczorem skończyliśmy. Ojciec polecił jeszcze wieczorny obchód i musieliśmy z nim maszerować po pokojach, gładzić ściany, rozmyślać o błędach i zadawać pytania bez odpowiedzi.

– Tu chyba jest nierówno? Weź dotknij. Widzisz, jak ten cień się tutaj łamie. To przez tych budowlańców od siedmiu boleści. No nic już nie da się z tym zrobić. Synek zobacz, widzisz, to są chuje nie ludzie – i tak przez godzinę.

Przetrwaliśmy to z filozofem w pokorze i ciszy. Ojciec się wygadał i zarządził picie wódki. Po kilku głębszych usłyszeliśmy:

– Dobrze żeśmy to załatwili chłopcy.

Żeśmy załatwili? Żeśmy przeżyli chyba. Choć magiczne słowo “załatwili” może oznaczać w języku mojego ojca wszystko.

Do picia mieliśmy Żubrówkę i Żytnią, kurde wszystko co w monopolowym ojciec znalazł na “Ż”. Filozof po kilku pierwszych szklankach wódy powiedział, że bez Coli to on więcej nie wypije. To oczywiście spotkało się z natychmiastową krytyką starego:

– Po tym gównie to dopiero będzie cię głowa napierdalać. Ty masz słabą, więc będzie cię napierdalać ze dwa dni. Cola nie nadaje się do picia.

Kolejne z genialnych przemyśleń ojczulka.

Około północy najlepszy w stolicy fachowiec od remontów zasnął. Filozof kiwał się jak spławik na wodzie. Bekał, robił kwaśne miny. Ojciec wlał w niego tyle gorzały, że jego nieprzyzwyczajony organizm zaczął protestować. Mój przyszły szwagier poderwał się na proste nogi, wystartował trzymając się za usta. Poliki miał już pełne. Nie dobiegł. Potknął się o porzuconą na ziemi mechaniczną wiertarkę i zarzygał całą ścianę do łazienki. Tak z metr od ziemi. Plama w kolorze Coli rozpłynęła się w świeżej farbie akrylowej produkowanej przez Śnieżkę. Biel 100 proc. krycie. Płyn wżarł się w nią na stałe kwasem żołądkowym i wódką.

– O kurwa – tyle zrozumiałem z bełkotu filozofa.

– Dobra – mówię – nic się nie stało. To tylko ściana. Wysuszymy i zaraz zamalujemy. Ojciec się nie pozna. Nie panikuj filozof.

– O Jezu… – beczał.

Co było robić, zaczęliśmy ją wycierać jakimś prześcieradłem, potem podstawialiśmy nagrzewnicę. Po dwóch godzinach ściana nadawała się do malowania. Ostanie dwa litry Śnieżki. Malowaliśmy na zmianę. Filozof pierwszą warstwę, ja drugą. Nad ranem owoc naszej pracy rozświetliło słońce. Niestety, ściana wyglądała jeszcze gorzej niż przed obrzyganiem jej przez filozofa.

– Twój ojciec mnie zabije. On mnie zadźga jakimś śrubokrętem albo ogłuszy młotkiem. No co my teraz zrobimy?

– Dobra spoko. Powiemy, że to taki cień pada, że to tak już było.

– O Jezu on mi tego do końca życia nie daruje. On mi nie pozwoli się z twoją siostrą ożenić.

– Pozwoli.

– Szwagier? – mówi filozof.

– No – odpowiadam.

– Po jaką cholerę my żeśmy tę Colę pili?

Nie potrafiłem mu odpowiedzieć.

1 Comment Cola nie jest do picia

  1. Luśka

    Cóż czasem zawini Cola, a czasem inna kompilacja płynnych konserwantów w półtoralitrowej butelce o bajecznym kolorze wściekłego różu. Właśnie winą za nieprzewidziane skutki uboczne owego braku pohamowania w picu napojów wyskokowych obarczył taką Helenę, Zbyszka czy coś tam… amant mojej siostry. A rzecz miała miejsce wiele lat temu. Szczeniackie zauroczenie w liceum. Wiadomo, ukradkowe spojrzenia, niezręczne zaczepki itp. Nie rozwodząc się nad tym zbyt długo – siostra doczekała się. Zaprosił ją na Sylwestra. Wow euforia. Impreza udana, towarzystwo przednie, muzyka też, alkohol lał się strumieniami. Amant poprosił siostrę do tańca, w tle Jolka, Jolka czy jakoś tam i nagle…. Poczuła dziwne ciepło – motyle w brzuchu – nie, nic z tych rzeczy. To płaszcz w fantazyjne freski w wykonaniu amanta spłynął jej po plecach – niczym peleryna super bohatera. Na nic się zdały przeprosiny i tłumaczenia. Miłość została zwrócona.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *