Morfem

Pomyślałem pojadę gdzieś, pooddycham świeżym powietrzem. Powspinam się na moreny czołowe, pochodzę po lesie, przy rzece. Odpocznę.

No i tak w tym pomyśle zakotwiczony, nawet nie zwróciłem uwagi, że spacer był chyba za długi. Nagle, strasznie się zrobiło. Z upału w zimno. W mrok. Hawking by wiedział co się dzieje, on zna się na tych czarnych dziurach. Ciągle o nich rozmyśla, jakby na jedną z nich czekał.

Dopada mnie wrażenie, że światło i ciemność się nie przenika, nie rozwarstwia na grupy cieni, tylko znika. A reszta przestrzeni podobnie do topionego szkła, formuje się, chwilę potem zastyga, robi się twarda, ale łatwa do stłuczenia. Żebym chociaż miał przy sobie latarkę, to mógłbym przez to szkło nocy patrzeć. A tak trzeba będzie po omacku, na czuja wracać do samochodu.

To prawie słychać – jak w czerni łamią się szlachetne cząsteczki ozonu. Wyłapują ostatnie części nadfiloletu i pękają. Stąd też ten dziwny zapach powietrza. Pewnie będzie padać. To by było dopiero – moknąć w zupełnym mroku. Ciemność mogłaby wlać mi się do oczu, wedrzeć się we mnie dreszczem, mogłaby naśladować moje kroki. Byłbym cały przemoczony niejasnością, bez szans na oświecenie. Dziwne uczucie.

Łapię się na tym, że płytko oddycham. Może to przez ciszę rodzi się w człowieku lęk. Wystarczy zgasić światło, nic nie mówić i w pewnym momencie zaczniesz uciekać. No bo co zrobisz, zaczniesz śpiewać: My czterej pancerni, czy Chabry z poligonu. To wcale nie jest zabawne. Przypomina się też milczenie, takie między ludźmi, którzy siedzą ze sobą i nie rozmawiają. Coś między nimi się skończyło. Umarł nawet narastający gniew. Krępująco cicho. Ani odejść, ani spojrzeć sobie w oczy. Lęk przed zrobieniem pierwszego kroku do ucieczki.

No dobra, chciał nie chciał lezę do samochodu. Żółty piach lepi się do podeszwy butów. Słony pot zatyka mi usta i muszę się zatrzymać, osuszyć z soli twarz.

Po kształcie uciekającej rzeki już wiem gdzie jestem. Przede mną  ścieżka, potem dwie górki i prawie będę na miejscu. Teraz mogę popatrzeć na niewyraźny zakręt i najwyższe wzniesienie tej pradoliny.

Czuję, że gdzieś obok mnie leży jakaś padlina. Coś się rozkłada i wraca rozproszone tym smrodem do ziemi. Pewnie wlazłem w jakieś stare kości, wdepnąłem w rozrzuconą klatkę piersiową nieznanego mi zwierzęcia. Jeszcze tego brakowało.  

Zaczynam mrużyć oczy i widzę, że jak na złość, coś przede mną się rusza. Wyłazi z wody po drugiej stronie zakrętu. Kształt jakiś. Czarne, leniwe, opadające z sił. Rzeka to wyrzuciła na brzeg i teraz ratuje swoje życie charczeniem, kaszlem pełnym wody. Rośnie to mi w oczach. Podwinięty ogon – oznaka strachu i agresji. Takiej niepohamowanej, czysto zwierzęcej. Przemoczona sierść odpada od niego kroplami na ziemię. To cuchnie jeszcze bardziej niż ta padlina. Wielki łeb, odwrócony w moją stronę i błyszczące oczy. Ta pierwsza definicja strachu stała się raptownie nieaktualna. Tu mam do czynienia z czymś na wskroś przerażającym.

Przecież to za chwilę do mnie przylezie. Będzie się czołgać powoli i napawać moim przerażeniem. Dopadnie mnie szybko i nastąpi nader brutalny koniec tego spaceru. A miało być dla odpoczynku. Ten pies jest wielki jak cielak. Wychudzony, trochę jak hart, tylko na jeszcze dłuższych łapach. Wygięte, przygotowane to wykonania skoku cielsko. Ludzkie szczątki z dna rzeki przemienione w to bydlę. Hawking, gdzie jest kurwa ta twoja czarna dziura, niech to cholerstwo tam wpadnie, niech zniknie, bo nie dojdę do samochodu. A jak się mnie nie wystraszy i tu przybiegnie? Nasączony ektoplazmą pies z piekieł. Najlepszy przyjaciel człowieka będzie upominał się o jakiś upiorny aport. Cholera będę musiał mu rzucać kości z tej padliny.

– Aport piesku, aport.

Może wtedy uda mi się go zmylić. On zajęty rozłupywaniem i wylizywaniem szpiku, zapomni o mnie. Wtedy go zgubię.

Nagle pies otrzepuje się z wody. Ożywa całkowicie i zaczyna znikać w ciemnościach.

Przyspieszam kroku. Dobiegam do samochodu. Zamykam drzwi i widzę, że te cholerne blade oczy gapią się na mnie. Stoi z przodu.

Zapalam lampy.

Psisko ma poczciwy pysk, zaczyna merdać ogonem. Szczeniak, tylko duży. Pewnie cholernik komuś uciekł i drogi do domu znaleźć nie może. A może ktoś go wywiózł i zostawił. Ludzie tak robią. Ruszam w kierunku wsi. Hart biegnie za samochodem. Szybko daje susy. Język wywieszony na dolnej szczęce i psia radość z gonitwy.

Dojeżdżam do pierwszych lamp. Pies zatrzymuje się i ucieka z powrotem.

Zupełnie tak, jakby przestraszył się tych świateł, tego że ktoś go pozna.

Ktoś dowie się, że jednak przeżył tę noc.

Opis zainspirowany obrazem Zbigniewa Beksińskiego “Pełzająca śmierć”, jak również obniżonym poziomem potasu i zaburzeniami elektrolitów. Dodatkowo – definicją morfemów, o istnieniu których nie miałem pojęcia (atomów słów). Stąd pewnie te rozszczepienia w przesadzonej formie. 

2 Comments Morfem

  1. Luśka

    Skrywane, zepchnięte w czeluści najczarniejszej otchłani – czarnej dziury Hawking’a – lęki, wypełzają z tkanek, żył, mięśni karmione ciszą i ciemnością. Nie pogardzą też niepewnością, a na przystawkę pochłoną ze smakiem niezdecydowanie. Wytwory naszej wyobraźni czasem mogą przerazić nawet nas samych. „Morfem” zaliczam do moich ulubionych tekstów na tym blogu.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *