Rozpięta bluzka…

Przymknąłem oko i próbowałem złapać ostrość na telefonie. Na klawiaturze wybiłem wiadomość tekstową do kumpla: Ostatni raz piję sam. To tak jakby alkoholik stracił narząd mowy. Nie do przyjęcia zachowanie. Dobiję się i spadam. W odpowiedzi dostaję: GAMOŃ BYŁO DZWONIĆ. Może i prawda. Przy tym barze muszę wyglądać na ostatniego w kolejce po piwo. Ha… a może wreszcie doczekałem się upadku, bo siedziałem tam prawie sam, o 01:12 w nocy.

– Daj jeszcze jednego Paulanera, tylko zimnego – rzucam krótko.

– Się robi – uśmiechnięty kelner odpowiada błyskawicznie.

On chyba pracuje pod wpływem czegoś mocnego, tak sobie myślę. Bateryjka taka, nakręcony, energetyczny o tak późnej porze. Wyśrubowany słuch, bo zwrócił uwagę na moją prośbę, mimo głośnej muzyki.

– Dzięki – odpowiadam.

Obok mnie stanęło pokryte szronem piwo.

– Spoko, dawaj znaka, jak coś jeszcze trzeba. Ooo mamy zajebiste piwo, jakieś irlandzkie, w promocji. Dobra, kurwa. Jesteś spoko koleś, to ci powiem, nie pij tego. Gówno jakieś zza morza. Wiesz, że oni tam wódki nie piją. Nic tylko driny walą. Smirnoff z colą, wyobrażasz sobie, tak przez całą noc drineczki? Piździ miździ. Piwa to mają w chuj, ale samo jakieś takie gówniane, jabłkowe, jasne i tego Guinessa. A tak w ogóle to wóda najlepsza. Polska dobra, ruska dobra. Norwedzy jeszcze robią dobrą. Pięć razy destylowana, kryształlłłł – mówię ci. Może zamówię do baru, to se kiedyś popróbujesz. Dobra, dobra, dupy nie zawracam, bo ty tu o czymś myślisz, rozmyślasz mocno. Hehehe, gryzie coś, męczy. Jakby co to wal, gwizdnij, krzycz. Paulanerka jeszcze wstawiam do zimnegoooo. Wziuuu.

I zniknął za wielkimi drzwiami czerwonej lodówki. A tak właściwie, to oni ostatnio straszną muzę tu puszczają. Temu kelnerowi się podoba, bo się okręca wokół własnej osi, piszczy pod nosem, cholerny domorosły Michael Jakson. Pewnie pół dzieciństwa ćwiczył przed lustrem. Mimo tego, że mi się obraz miesza, dostrzegłem, że jego oczy zaraz eksplodują. Wybuchną cyjanem na blat baru i zabrudzą mi koszulę niebieskim kolorem. Chłopak był nakoksowany czymś mocnym, czymś co żre mu mózg w trybie natychmiastowym. Błyszczą mu zęby, widać po uśmiechu, że wcierał coś w dziąsła. Naćpany władca kufli. W sumie, żeby nie on, to bym tu pewnie zasnął i by mnie wyrzucili za wsiarz. On przynajmniej odwraca uwagę ochroniarzy.

Jakieś takie stare, zakurzone przeboje: Lionel Richie – Say You Say Me, a-ha – Take on me, Bon Jovi – Living on a prayer, pełno lat osiemdziesiątych. Tylko czekać na Roxette i Whitney Houston. Może chcą wybić wszystkich do zera, taki mają plan, że niech się upijają i spadają szukać dobrej muzyki gdzieś indziej. Niewiele mi już brakowało do takiej ucieczki.

Z ciekawości przewracam oczami po sali. Niedobitki, a może bardziej niedopitki, kiwają się w rytm miłosnych piosenek. Wyglądało to nawet komicznie:

I’m still, Still looking, Looking for love.

A oni to lewo, to w prawo. Zabawa jak na wiejskim weselu. Zaraz pociąg zaczną robić. Przebiegną obok mnie, porwą, włączą jako wagonik. Będziemy tu bawić się wszyscy razem, jeżeli nie zmienią tej muzyki. Odwracam głowę, bo to jest bardzo prawdopodobne. Nie lubię być wagonikiem.

Picie samemu jest straszne – pomyślałem. Naprawdę. Nie dość, że głupio wyglądasz, to jeszcze upijasz się z tego powodu szybko. Z nikim nie gadasz, patrzysz w punkt, w tych ludzi i już. Koniec, tracisz orientację, a z głośników dobija cię Mafia i wokalista Piasek.

Ale w pewnym momencie drzwi otwierają się i do tego przybytku alkoholowych rozkoszy wchodzą dwie dziewczyny. Trzymają się pod rękę, podśmiewają, rozglądają. Siadają przy mnie, przy barze, prosto w spojrzenia tego nawalonego kelnera. Chłopak się ślini. Dosłownie. W jego kącikach ust odkłada się piana. Szybko mówi, szybko zadaje pytania. Przestaję go rozumieć.

Panie zamawiają po piwie. Nadal rozmawiają ze sobą, a ja nie zwracam uwagi. Obserwuję swoje odbicie w lustrze. Cholera. Już wiem po co oni za barem wstawiają te lustra, te przeszklone meble. Ci którzy tu się dobijają, mają do kogo wznieś toast. Cóż za wyjątkowe odkrycie. Genialnie proste. Przez chwilę jestem z siebie dumny.

Spoglądam na te dwie dziewczyny. Szybko wypijają piwo. Zamawiają dalej.

– Hej, daj nam jeszcze raz to samo i dwa razy po szocie.

– A co chcecie dziewczyny? Zimny jest: Absolut, Krupnik, Żołądkowa Gorzka i..

– Żołądkowa może być.

Dobry wybór – myślę. Ale ja chyba bym już tego nie przełknął. Trzęsie mnie kiedy widzę jak one tak odważnie, prawie po męsku wypijają jeden, a za chwilę drugi kieliszek. Nie mogę powstrzymać ciekawości.

– Macie jakiś wieczór kawalerski, urodziny którejś? Powiem, że nie widuję tu często dziewczyn, które tak piją.

– Bo my jesteśmy z Warszawy. Tam się tak pije. Szybko i dużo. Koniecznie zimną wódkę – dziewczyna raczej miło mi odpowiedziała.

Dopiero wtedy to zobaczyłem. Miała naprawdę ładną twarz. Szczególnie uśmiech. Skromy, pozbawiony nadmiaru szminki na ustach. Trochę szeroko rozstawione oczy, ale bardzo przenikliwe. Dziewczyna jak z obrazu Tamary Łempickiej – pomyślałem. Łagodne rysy twarzy, trochę surowa, z metalicznym blaskiem skóry. Ubrana w czarną bluzkę, z wysokim kołnierzem, na piersi złoty medalik. Tylko brakuje wokół niej dymu z papierosów. Zbyt awangardowa jak na tę porę, na ten lokal.

– Chyba żeście zabłądziły. Upijać się na końcu świata, to trochę kiepski pomysł.

Śmieją się ze mnie.

– To mało ważne gdzie. Świętujemy zdany egzamin, ukończony kurs. Kosmetyczny. Koleżanka zdobyła wyróżnienie, a ja.. prawie. Zabawisz się z nami? Napijesz znaczy?

Czy się napiję? Nie przełknę tej Żołądkowej Gorzkiej. Nie ma takiej siły na świecie.

– Z chęcią. Znudziło mnie piwo. Zresztą niemieckie badziewie.

– Panie barman prosimy o jeszcze trzy szoty dla nas, tutaj, ale razy dwa.

Cienko ze mną zaraz będzie. Buczy mi w głowie nadmiar chmielu.

– No to zdrowie.

Wypiłem szybko, one też. Popiłem piwem. Źle skończę.

– To jeszcze raz.

Naprawdę potrafią pić. Trudno w to uwierzyć, ale siedziałem z dwiema sikorkami, które piły lepiej niż ja i Chudy. Zdecydowanie lepiej.

Znów pojawił się naspeedowany barman. Zajął rozmową koleżankę siedzącą dalej ode mnie. Pręży się, wypina mięśnie. Uśmiecham się pod nosem.

– Z czego tak się śmiejesz?

– Z tego gościa. Napchany prochami, aż mu ustami wychodzi.

– E tam. Normalne. Wszędzie pełno takich. Skąd masz tę bliznę na ręku?

Wyciągam dłoń. Faktycznie, mam na kciuku starą bliznę, na nadgarstku też. O palcu środkowym nie wspomnę. Trudne do zobaczenia, ale mam.

– To taka pamiątka po rozbitej butelce. Jej roztrzaskane dno wbiło mi się w kciuk, a tędy wyszło – demonstruję powolnym ruchem. Nadgarstek… to też szkło, a palec nóż. Czasami bywam nieostrożny.

– Mogę dotknąć?

Chyba źle usłyszałem.

– Możesz.

Jej ciepłe palce na mojej dłoni. Jedyne co mi przyszło mi do głowy to przeciągłe, płytkie:

– Eeeee. Czysty surrealizm, albo tak już się nachlałem, że mam zwidy.

– Masz jeszcze jakieś blizny?

– Tak, ale musiałbym się rozebrać.

Uśmiechnęła się. Łapczywie. Żarłocznie.

– Ostatnio czytam Bukowskiego. Nie wiem czy znasz książkę… Kobiety. On tam świetnie opisuje takich gości jak ten barman. No oczywiście, to wszystko co potrafi taki ktoś zrobić z kobietą pod wpływem narkotyków.

Uśmiechnęła się, opuszczając wzrok.

– Znam Charlesa Bukowskiego. Ostatnio coś tam czytam. Chyba Historie o zwykłym szaleństwie. Nie mogę przebrnąć. Gubię się w tych jego opowieściach. Wiersze ma ciekawe. To akurat można przełknąć. A ta książka to jeszcze dziwnie wydana, zdania zaczynają się z małych liter, brak spójników…

Nie skończyłem, bo dziewczyna z obrazu Łempickiej wlepiła we mnie swój wzrok, jak sroka. Przygryzła dolną wargę.

– Bo jego czyta się po pijaku. Nikt ci tego nie powiedział. Musisz spróbować, wtedy będziesz rozumiał o co mu chodzi.

– No tak, pijak pijaka zawsze zrozumie.

– Kto by pomyślał, że na końcu świata, jak to mówisz, spotkam kogoś kto czyta Bukowskiego. No popatrz.

– Widzisz, i to jeszcze pod wpływem alkoholu, mówiącego prawie logicznie i cierpiącego na bezsenność.

Uśmiechnęła się. Przegarnęła włosy. Jej policzki nabrały ciepłego koloru.

– Idę do toalety. Pilnuj mi tu koleżanki i nie uciekaj jeszcze.

Zniknęła za pustymi stołami. Barman opowiadał coś tej drugiej z takimi emocjami, że brakowało mu rąk do tłumaczenia. Dziewczyna wydawał się rozbawiona, bo śmiała się zakrywając dłonią usta.

Piszę sms do Chudego. Bo mi nie uwierzy. Klikam coś szybko i wysyłam. Dostaję równie szybką odpowiedź: IDŹ TY DO DOMU BO JUŻ Z BŁĘDAMI PISZESZ 🙂 ZOSTAW TE DZIEWUCHY. Pewnie nie pojmuje do końca powagi sytuacji.

Kończę głębokim łykiem Paulanera. W głowie mi się tak zakręciło, aż machnęło mnie na drugie krzesło. Idę się odlać.

Wlokę się, ale wyprostowany, do kibla. W półmroku korytarza wychodzi prosto na mnie ta blondynka. Nadal nie mam pojęcia jak się nazywa. Bezimienna, śliczna dziewczyna. Mijamy się. Ona jednak się zatrzymuje i znów nerwowo poprawia włosy. Wiele się nie zastanawiałem. Złapałem ją za dłoń, i wciągnąłem do męskiego kibla. Nie protestowała, tylko zaśmiała się głośno. Drzwi ubikacji uderzyły z hukiem. Zatrzasnąłem zamek. Złapałem ją w pół, znów mnie machnęło.

– Tylko mi się teraz tu wywróć, wielbicielu poezji Bukowskiego.

– Spokojnie, już łapię pion.

– No myślę.

Pocałowałem ją delikatnie, spokojnie, lekko. Poczułem Żołądkową Gorzką i słodki, gesty smak szminki. Jej oddech zrobił się głębszy i szybszy. Złapałem ją za włosy i lekko odchyliłem głowę. Pocałowałem jej szyję. Potem rozpiąłem jeden, drugi, trzeci guzik bluzki. Dwa ostatnie wystrzeliły na podłogę nagłym szarpnięciem. Znów przygryzła wargę. Jej jędrne piersi nie mieściły mi się w dłoni. Między palcami plątał się złoty krzyżyk. Kiedy sięgnąłem za jej plecy i jednym ruchem rozpiąłem stanik otworzyły się drzwi łazienki. Z hukiem uderzyły o ścianę. Wszystko się zatrzymało. Ktoś człapał w naszym kierunku. Nagle klamka zgięła się w pół. Ktoś zaczął z nią walczyć, waląc pięścią:

– Otwierać kurwa. Pedały jebane. Ruchać się w domu, a nie po porządnych łazienkach.

Głos tego kolesia był przeciągły, pijany, wręcz ostatnie stadium pijackiej agonii. – Otwierać… bo mi się… no… srać chce.

Dziewczyna miała wielkie, przestraszone oczy. Szybko zapięła biustonosz i bluzkę. Powoli otworzyłem drzwi. Wybiegła mijając ledwie trzymającego się na nogach kolesia w niebieskich dresach.

– Kurwa… dziewczyna.

Patrzyłem się głupio na tę prostą, zapijaczoną, małomiasteczkową mordę.

– A no dziewczyna, żeś wystraszył tym waleniem…

– Ej stary było mówić, poszedł bym do damskiego. Przecież tam też mają sracze. Kurwa, sorki. Chodź postawię ci piwo. Napijemy się.

– Lepiej idź gdzie miałeś iść. Innym razem się napijemy.

Kiedy wyszedłem przy barze był tylko samotny barman, z głową skierowaną do drzwi. Dziewczyn nie było. Zniknęły. Potoczyłem się do wysokiego krzesła. Usiadłem ciężko.

– Co? Ostatnie piwko na dzisiaj? Zimnego dać Paulanerka?

– A no daj.

Te lustra przydają się jeszcze do czegoś. Na policzku miałem ślad szminki tej dziewczyny, delikatny, pachnący jej ciałem. Wytarłem go patrząc sobie w upitą twarz. Nigdy więcej nie piję sam. Piasek… kurwa dobij.

2 Comments Rozpięta bluzka…

Odpowiedz na „Nie mam słówAnuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *