Teoria oczekiwanej użyteczności

Wylądowałem na całe życie na tym betonowym księżycu. W bloku mieszkalnym  znaczy. Jakiś inteligent nazwał go na cześć arcybiskupa Grzegorza z Sanoka. Ten zasłużył sobie tym, że sprowadził do Polski humanizm, a raczej gościł u siebie największe umysły humanistyczne renesansu. Prowadzili scholastyczne polemiki, rozważania przy winie, bo przecież wiadomo, że humaniści mają picie we krwi. Pewnie wyświęceni znajdowali konkluzje, wyciągali wnioski, odczuwali świat, tworzyli osobowe wzorce dla przyszłych pokoleń humanistów. W sumie to musiały tam się dziać ciekawe rzeczy, odkrywcze. I tak chyba na przekorę dla mnie, ten ktoś mój blok nazwał jak nazwał. Mieszkam więc na księżycu Grzegorza z Sanoka, gdyby się ktoś pytał.

Ogólnie to pełno tu porowatego betonu. Wokół kratery M2, M3, M4. Na drzwiach tajemnicze zapisy kredą K+M+B=2016. Zakurzone kaniony klatek schodowych, wymalowane w jogurtowe mango, obdrapane ściany pazurami małych dzieci. W betonowym środowisku beton wlewa się we wszystkie szczeliny, w parkingi, w place zabaw, klomby z kwiatami. A z tego, jak zarażone betonową chorobą, wyrastają inne księżyce bloków. Wokół moi sąsiedzi – astronauci, którzy podróżują w małolitrażowych samochodach. Ja sam czuję się jak spaceman, który codziennie zakłada skafander z wyprasowanej koszuli, przyczepia do szyi krawat odbierający powietrze i w księżycowych skokach porusza się do pracy. Potem do planet Auchan, Mila, Pepco. Planeta Alkoholi Świata, z której wychodzę z poliuretanową reklamówką pełną szkła i płynów, taki balast dla tych kosmicznych podróży.

Na tym moim księżycu rządzi znikomy procent ryzyka. Pełne bezpieczeństwo przemijania, bez zbędnego tłumaczenia co się dzieje w twoim życiu, kim jesteś, dokąd wychodzisz rano, z kim pijesz. Pierwiastki chaosu nie istnieją, a cząstki elementarne zamienione zostały w koszmarną windę z kobiecym głosem informującym: piętro trzecie, drzwi otwarte, awaria, dotykowy domofon, który jak się zabrudzi, to nie działa i wiele innych usprawnień nie usprawniających niczego. To miejsce oszczędza mój czas, a ja staję się użyteczny zgodnie z teorią Von Neumanna-Morgensterna.

Sąsiedzi-kosmonauci, jak to dobrze brzmi. Nie rozmawiają z nikim, chyba, że przez telefon. Ich dzieci też tak robią, zamiast przebywać ze sobą na podwórku, bywają na Skype. Cholera nawet pies na psa czasem warczy, komunikuje się, a tu nawet nikt nie krzyknie dramatycznie ratunku czy coś takiego.

– Halo Houston – mamy problem: na księżycu pełno obcokrajowców, inwazja mówiących na migi. Brak kontaktu, brak kontaktu…

Jedyne co im wychodzi, to wychodzenie z psami na sranie. Na zielone łany resztek trawników. Jacy oni wtedy uśmiechnięci, rozgadani:

– Oj malutki, no zrób kupkę, pańcia poczeka, idź polatać, no biegaj. Biegaj obsrańcu.

Potem te resztki zostają na tym zielonym dywanie, użyźniają trawę, chyba że w to wdepniesz i zabierzesz do domu. Zdawałoby się, że wszyscy prowadzą zwyczajne życie. Jednolite. Cholera jak ja nie lubię słowa – zwyczajne. Drażni mnie. Wywiera na mnie presję i boję się, że dostanę od tego jakiejś wysypki, uczulenia i nie pomoże mi rozpuszczone wapno ani Alertec w tabletkach. Zwyczajne to jak nijakie. Pozbawione polotu. Słowo znudzone swoim istnieniem.

Jedynie w nocy dobrze słyszę sąsiadów. Kosmiczny sex, na obrzeżach rozkładanych wersalek. To nawet ciekawe, dość osobliwe zwyczaje. Niby sąsiedzi-kosmonauci wyglądają na takich, którzy nie uprawiają sexu, jakby to kiedyś robili, ale już nie pamiętają. Bo to porządne garnitury, wyprasowane komplety spódnic i marynarek, równo zaczesane włosy, perfumy z górnej półki. W niedziele wspólna podróż do kościoła, na poranną modlitwę i powrót ze skruszoną miną. Ale w nocy, kiedy okna pozasłaniane są żaluzjami, pogaszone są światła, spod koców w bengalskie tygrysy wydobywają się okrzyki uniesień. Te wszystkie księgowe-urzędniczki, krzyczą wniebogłosy. Ochy i achy przebijają się przez ściany. Wentylacja pełna rozkoszy. Skrzypiące wersalki słychać w każdym mieszkaniu w pionie. Szybko to cichnie. Najlepiej jest na drugi dzień, szczególnie kiedy spotykamy się w windzie. Ja udaję, że nic nie słyszałem, uśmiecham się, a panie wymieniają między sobą tylko kilka zdań z pełną kurtuazją:

– Co tam u pani słychać? – jedna pyta drugą, a ta rozkrzyczana w nocy:

– Ach nic ciekawego. Wymieniliśmy meble z mężem.

– A co u męża, dawno nie widziałam. Podobno chory był.

– O już dobrze. Zdrowy jak koń.

Widać cudowne ozdrowienia mają miejsce najczęściej w nocy. Kosmiczne cuda.

Oczywiście wśród zwyczajnych kosmonautów są jeszcze kosmici. Ci, których reszta nie rozumie. Inni trochę. Ich statki kosmiczne rozbiły się o wystające kominy bloków, spadli w kratery mieszkań i zostali. Jedyni, z którymi udaje mi się porozmawiać. Na przykład pani Teresa, na którą mówią Mrówkowa. W latach osiemdziesiątych w czasie napaści czerwonych mrówek na bloki, ba, nawet na osiedla całe, pani Teresa sprzedawała wszelkiego rodzaju muchozole, proszki na mrówki, pudełka-pułapki wypełnione klejącą mazią o zabójczych właściwościach. Toczyła swoją prywatną batalię, o to aby zatrzymać czerwonego wroga. Miało to też wymiar symboliczny, patrząc teraz z perspektywy czasu. Bezwiednie walczyła o wolność mieszkań obywateli tego bloku, stosując trutki na czerwone mrówki. Pukała do drzwi i pytała z wielkim zaangażowaniem:

– Są mrówki u Państwa? Mam dobry proszek. Proszę kupić i posypać, wymrą wszystkie. Czerwona plaga. Jedyne wyjście to je wybić, bo jeżeli nie zginą, to przejdą do następnych mieszkań. Wlezą rurami, szczególnie do kuchni. Będą z wami mieszkać i zjedzą wam wszystko, a zaczną od chleba.

Ludzie przestali kupować środki trujące, kiedy mrówki na dobre wyniosły się z naszych mieszkań i na początku lat dziewięćdziesiątych pani Teresa przestała być potrzebna, ale pozostała w świadomości sąsiadów jako kosmitka, dziwak, który miał obsesję na temat mrówek.

Teraz zostały jej tylko czerwone włosy. Ostatnio spotkałem ją w windzie. Ja miałem oczy napompowane poranną kawą, patrzę i za cholerę nie mogę pojąć co ona ma na głowie. Coś potwornie rudego opanowało jej włosy. Natapirowana bestia pożera panią Teresę od góry. Loki jakieś powykręcane na boki, jak rogi, grzywka przylizana jakąś pomadą do włosów o zapachu leśnym, bo w windzie zrobiło się jak w Puszczy Białowieskiej. Sukienka w wielkie kwiaty, dopasowana do pełnego tłuszczu ciała. Opięta łąka, zapach lasu, pani Teresa w swoim codziennym wydaniu.

– Dzień dobry pani Tereso – kłaniam się.

– Dzień dobry. Co, do pracy pan Mikołaj idzie?

– Tak, do pracy.

– Dzisiaj to będzie padać, bo bolą mnie kolana. A pana bolą?

– Wie pani, czasami bolą bo…

– Na takie coś to tylko się spirytusem nacierać. Nacierać mocno, aż poczuje pan gorąco. O tak. Spirytus na dłonie i nacierać – starsza pani pochyliła się, zaczęła masować kolana, aż jej kwiecista sukienka się naelektryzowała. –  Niech pan pamięta. Spirytus, nie ma nic lepszego.

– No, może ma pani rację, ale…

Znów nie skończyłem.

– Panie Mikołajku, jak będzie pan potrzebował, to ja panu załatwię, sprzedam. Kupuję od ruskich, ale proszę to zatrzymać dla siebie.  Niech pan pamięta, jakby co to do mnie. Tylko czysty spirytus pomaga na bolące kolana.

Lubię panią Teresę, choć przebrana za kwiecistą łąkę i natarta alkoholem może sprawiać wrażenie trochę dziwnej osoby.

Najbardziej oryginalnym kosmitą był mój sąsiad z góry. Pan Janusz Kasprzak. Kiedy się wprowadził przez ponad dwa tygodnie wiercił dziury w swoim mieszkaniu. A że ja pod nim, to każde to wiercenie właziło mi do głowy. Miałem serdecznie dość tego człowieka, który chyba dla przyjemności borował te betonowe ściany. Jak się potem okazało miał wszystko poprzykręcane: szafy, lodówkę, zlewozmywak, komodę, łóżko. Obsesyjnie obawiał się jakiegoś trzęsienia ziemi, jakiejś kosmicznej katastrofy. Poznaliśmy się w dziwny sposób. Przynajmniej dla mnie był dziwny. Po porannej toalecie udałem się po zakupy do pobliskiego sklepu. Za oknem panował deszczowy, ale ciepły dzień. Zamykając drzwi dobiegł mnie śpiew, to znaczy pięknie wykonana aria sopranowa. Muzyka dobiegała z mieszkania pana Kasprzaka. Drzwi na górze zatrzasnęły się, ale sąsiad nadal cienkim, wysokim głosem śpiewał w języku niemieckim:

Der Hölle Rache kocht in meinem Herzen,

Tod und Verzweiflung flammet um mich her!

Fühlt nicht durch dich Sarastro Todesschmerzen,

So bist du meine Tochter nimmermehr.

Verstossen sei auf ewig,

Verlassen sei auf ewig,

Zertrümmert sei’n auf ewig

Alle Bande der Natur

Wenn nicht durch dich Sarastro wird erblassen!

Hört, Rachegötter, hört der Mutter Schwur!

– O rany, ale świr – pomyślałem.

Winda zatrzymała się na piętrze wyżej. Śpiewający sąsiad wsiadł i dalej śpiewał. Winda zatrzymała się u mnie. Drzwi się otworzyły, a przede mną stał brodaty, uśmiechnięty facet. W szlafroku i w gumowcach. W ręku trzymał parasolkę, wiadro i mopa. Przestał śpiewać.

– To z Królowej Nocy, to dzieło Mozarta. Czasami się zapominam. Dzień dobry panu. Janusz Kasprzak.

– Mikołaj Wach, miło mi.

– Piekielna zemsta kipi w moim sercu, tytuł taki. To piękna historia z II aktu opery Czarodziejski Flet.

– Właśnie słyszę. Znam, znam, oczywiście.

Kasprzak chyba się trochę zmieszał, a ja nie wiedziałem co mam powiedzieć. Wyplułem tylko:

– Pada dzisiaj. Taka, brzydka pogoda. Meteopaci odczuwają takie zmiany dość mocno, kolana bolą i w ogóle… stawy. Podobno spirytus, na takie coś pomaga…

Nie skończyłem. Tym razem to Kasprzak się na mnie gapił jak na kosmitę. Winda zjechała. Wysiedliśmy bez słowa. Ja poszedłem do sklepu, a kiedy wracałem zobaczyłem, że sąsiad mopem w deszczu myje swój samochód. Wyciska go w wiadrze i pucuje małolitrażowy pojazd. Dziwaczna historia, ale prawdziwa. Z czasem jak bliżej poznałem pana Janusza okazało się, że jest elektronikiem, pracuje zdalnie w domu, wymyśla jakieś systemy, opracowuje układy scalone i inne rzeczy, których nie rozumiem. Lubiłem do niego wpadać z jakimś piwem czy czymś mocniejszym, a on wtedy opowiadał mi o swojej pracy. Któregoś wieczoru spotkałem go przed klatką. Niósł reklamówkę, taką jaką ja kupuję na planecie Alkoholi Świata. Zaczepił mnie.

– Panie Mikołaju, zapraszam na małą pięćdziesiątkę.

– Ooo Panie Januszu nie piję ostatnio. Chyba przedobrzyłem, wstręt mam jakiś do wódki.

– Niech mi pan głupot nie opowiada. Jak pan żeś przestał, to teraz jest najlepsza chwila, żeby zacząć.

No i mnie namówił. W mieszkaniu Kasprzaka panował półmrok. W dużym pokoju, który wyglądał jak wielka pracownia szalonego naukowca stała kanapa i mały stolik. Chwilę potem stały tam różne alkohole, popitki gazowane i niegazowane, śledzik na raz, słone paluszki. Mój wzrok przykuła różnokolorowa skrzynka podwieszona do sufitu. Z ciekawości zapytałem.

– Panie Januszu, a co to takiego? Nie widziałem ostatnio.

– A, to mój ostatni wynalazek. Zegar… atomowy.

– Co takiego?

– Jakby to panu wytłumaczyć. On się świeci prawda. Widzi pan.

– Widzę, w różnych kolorach.

– Dokładnie. I te kolory odpowiadają za sekundy, godziny, datę pokazuje itd.

Cholera mi to przypominało kolorofony w dyskotece.

– Napijmy się, a ja potem wytłumaczę.

I tak walnęliśmy jeden kieliszek, drugi, śledzik i kolejne. Miło się zrobiło. Kasprzak zaczyna tłumaczyć.

– Klasyczne zegary atomowe działają na zasadzie zliczania okresów atomowego wzorca częstotliwości. To pan wie, oczywiście.

– Oczywiście, że wiem panie Januszu.

– Właśnie. Współczesne zegary bazują na bardziej zaawansowanej fizyce, np. na związkach cezu. Dokładność dochodzi do 10-18, co oznacza 1 sekundę w ciągu wieku Wszechświata. A ja tak w skrócie osiągnąłem podobny wynik używając prostego wzoru przeliczeniowego i różnych kolorów świateł. Jestem w stanie odczytać najdokładniejszy czas na świecie. Wie pan, która jest teraz godzina?

– Eeeeeee… chyba tak.

– O to ja panu powiem z olbrzymią dokładnością. Teraz mamy… – Kasprzak zadarł głowę, coś pomruczał pod nosem i odpowiedział – Mamy dokładnie 20:26:23. I co pan na to? Niesamowite prawda. To jest wyjątkowy wynalazek. Ja to opatentuję kiedyś.

W pewnym momencie coś gruchnęło na klatce schodowej. Przepięcie jakieś. Światło zgasło. W całym bloku zrobiło się ciemno. Kiedy wyjrzałem za okno okazało się, że nawet na całym osiedlu zabrakło prądu.

– Oh mein Gott, jakaś awaria – rzucił Kasprzak.

– Chyba tak – dodałem plączącym się głosem. – Panie Januszu, niech pan patrzy. Zegar stanął.

Kasprzak w ciemnościach zadarł głowę, po której się podrapał:

– Faktycznie, tego cholera nie przewidziałem. Teraz może się nawet późnić.

Wtedy pomyślałem sobie, że żyję w najdziwniejszym bloku na świecie. Wokół mnie kosmici, dziwne wydarzenia losowe, katastrofy kosmiczne, czarne dziury na osiedlach pochłaniające światło.

Mieszkam na księżycu Grzegorza z Sanoka.

Dalsza podróż w czasoprzestrzeni nie jest możliwa.

Mój sąsiad Kasprzak przez przypadek zatrzymał czas.

2 Comments Teoria oczekiwanej użyteczności

  1. Luśka

    Na moim betonowym księżycu wciąż istnieje coś takiego jak ławka. Loża szyderców oblegana bez emerytów, bezrobotnych i mamuśki, to ich wścibski wzrok niczym satelita śledzi każdy ruch ciał rodzimych i obcych. Zwłaszcza te obce, z innych betonowych planet budzą największe zainteresowanie. – Weźmie, idzie i zerknie do kogo poszedł… O pewnie do tej z trzeciego – to facio z Providenta, Chwilówki albo innego Bociana przyjechał po ratę… O widzi, remont zrobili, ale nie za swoje, to tera muszą spłacać… Przed ich oczami nic się nie ukryje – choćbyś się wcisnął w najgłębszy krater – wypatrzą, wywęszą, i dokładnie zaplanują ci życie…

    Odpowiedz
    1. Nie mam słów

      U mnie wszystkie przyblokowe siedziska zniknęły. Ludzie nawet poplotkować o sobie nie mogą. Tylko w kościołach rzędy ławek, ale tam to raczej nie wypada obgadywać, bo to grzech czy coś. Ale pewne przyzwyczajenia pozostały, bo plotkują o sobie w konfesjonałach…

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *