Wyjątkowo zimny maj

Długi weekend. Cholernie długi. Pozbawiony planu, prosty, nudny. Wypadkowa różnych zdarzeń w tym roku licha i uboga. Jakbyś nie mnożył i dzielił liczby pierwsze z tendencją spadkową do zera. Może to z wiekiem przychodzi, że człowiek się rozleniwia, staje się jak szary kot, który z pierwszym słońcem wygrzewa kości na blaszanym dachu. Tylko go drap, łaskocz paznokciami pod brodą, a on zaśnie i przestanie być aktywny, zahibernowany słońcem i dotykiem.

A w tym roku mamy wyjątkowo zimny maj – jak w piosence Manamu. A do tego jeszcze zimny kraj, który dzisiaj nie umie się bawić, bo to marsz czy inne święto narodowe. Bo to z honorami kogoś chowają i krzyczą bohater, a drudzy morderca. Bo to księża szykują się do desantu na dusze grzesznych Polaków, z powietrza, z nieba, z karabinami modlitw. Wstrętni, grubi, upoceni, na spadochronach z sutann, niebo aż czarne od nich, tylko koloratki błyszczą wykrochmaloną bielą. Magazynki napchane kłamstwami. Tratatatata… strzelają zza węgłów telewizorów. Od szóstej rano, przez cały długi weekend tylko dzwony – do boju. Echhh…

Przypominają mi się obrazy Dudy Gracza. I mam takie wrażenie, że mógłbym teraz w jednym w nich zamieszkać. Tak na trochę, na te kilka dni. Pamiątka z Barlinka – wyssana z polskiej rzeczywistości scena, może właśnie z jakiegoś długiego weekendu. Jest tam wszystko czego mi potrzeba: nierówne tło, zgubiony cyjan na ścianach, pastelowy strup pokoju, wierny pies, anioł stróż, rozmowa co się nie klei, a pewnie była szalona. Nie ma żadnych zobowiązujących sytuacji, tylko trochę smutku. Mógłbym być tym czwartym przy stole, mógłbym głaskać tego psa, bo mam mocną głowę. Albo szykować się do wyjścia po kolejną flaszkę wódki. Namalowany z otwartymi ustami, mówiący niemo: poczekajcie zaraz wracam.

Ostatnio usłyszałem, że powinienem napisać coś dramatycznego, coś prawdziwego, a nie te historyjki o pijaństwie. Powinienem o kimś napisać, kto walczy z losem, przegrywa, ale się nie poddaje. Może kryminał, moralitet jakiś, albo scenariusz do telenoweli, bo z dramatycznych sytuacji można ekstraktować wszystkie historie jej bohaterów i stworzyć telewizyjnego tasiemca. Plątać życie, wyciągać z tego morały, nauczać słowem, ale to nie w moim stylu. Bo ja ani dramatyczny, ani ciekawy. Nijaki taki. Nawet nie umiem sobie weekendu zaplanować, a co dopiero pisać dramatyczne opowiadania.

Koślawo mi do głowy znów wchodzi przypominajka taka, alternatywa na bezsensowną przygodę. Na taką, która pozostawi uczucie nasycenia. Może nawet kac będzie, może jakaś niepamięć przeklęta, którą wypełnią rozmowy z ludźmi, których przypadkowo wciągniesz do zabawy. O, nawet mam miejsce zdarzenia. Miejsce w tym mieście, gdzie się rozpoczynają i kończą wszystkie harce. Nazwy tylko nie pamiętam. Coś z rżnięciem drzewa związane – Klub z nazwą o rżnięciu drzewa. Niech tak to zostanie.

Jeżeli chciałbyś spędzić tam noc w ten długi weekend to pewnie musiałbyś zapamiętać: nie pij wódki z baru. To takie cholerstwo od ruskich, albo z niewiadomego miejsca pochodzenia, gdzie chrzczą gorzałę wodą utlenioną, zabarwiają w kolorze whisky lub produkują podrobiony Gin Lubuski. Nie pij, nie używaj, bo to się nawet nie nadaje do odtłuszczania powierzchni przed malowaniem. To chyba takie typowe, bo ten bar jak wszystkie inne bary w małych miastach zarabia na podrobionych procentach.  Sam bar wygląda tak samo jak większość barów w tym kraju. Jakby podrzędne kluby, knajpki miały jednego projektanta. Ktoś zdobył monopol na ich projektowanie: cegła na wysokość 1,5 m, jasna fuga, ale może być też w kolorze ciemnym. Czarna lub czerwona płyta pilśniowa wykończona plastikowym rantem. Uśmiechnięta twarz barmana, który nalewając kieliszek wie, że to cię wytrawi od wewnątrz, rozszerzy naczynia krwionośne, zmiele twoją głowę przez pierwsze dwie godziny, a potem będziesz umierał i krzyczał: po co mi to było. Wyszkoleni hipokryci, zdobywają doświadczenie wysłuchując twoich ckliwych gadek: ja ciebie rozumiem, też tak miałem, nalać ci jeszcze? Wchodzą w zestaw takiego baru, zaprojektowane osobistości, przez tego człowieka od czerwonej cegły.

Tańcz póki rozpoznajesz w ciemnościach twarze, bo potem wszystko się zlewa, gubi ostrość. Impreza z cyklu światło i dźwięk, to koniec imprezy. Warto zaopatrzyć się w dobre buty treningowe, wygodne, bo w długi weekend tańczy się długo, do rana. I uważaj na czarne owce. Moja przyjaciółka zgrabnie opisała te kobiety pewne, które pojawiają się w tym klubie. Wytłumaczyła mi tak: czarna owca to desperatka, niedobitek taki co czeka na byle jakiego wilka. Jak “wilku” wpada na parkiet, a reszta owieczek czmycha, ona akurat złamała nogę i czeka, aż ją “wilku” pożre. A jak przypadkiem trafi się “wilku” wybredny, to wodzi za nim błagalnym wzrokiem i krzyczy: Hoop, hoop wilku, tu jestem. Także – nie bądź wilkiem.

Bądź wybredny i w miarę sprawny. Na parkiecie będą kobiety piękne, ubrane jak z teledysków, obczepione złotem, uzależnione od różu, wysokich obcasów, od testosteronu. Tylko trzeba umiejętnie tańczyć tango, najlepiej w podkoszulku, wypinając mięśnie. A jak nie umiesz, to udawaj, że cię ktoś ciągle popycha i nie możesz się skupić. Wtedy będziesz tancerzem doskonałym. Będą też kobiety silne, zaborcze, takie, które samej żytnianki potrafią przerzucić dwa wozy. Z takimi taniec jest przaśny, krakowiaczek taki.

Zbierz numery telefonów bez wpisywania imion, potem jest zabawa żeby sobie to przypomnieć: Asia, a może Magda, Anka – Kochanka, Elżbieta, filigranowa Edyta. Księgowe, prawniczki-urzędniczki, sprzedawczynie, samotne, ładne, brzydkie, zaniedbane przez mężów żony gotowe spędzić z tobą weekend. Tylko się nimi zaopiekuj, pocałuj w czoło, pogłaszcz po tyłku. Cały niezrozumiały świat kobiet, pijany dla ciebie, w tej knajpie z ceglanym barem.

Na koniec harców warto mieć przy sobie gotówkę, aby wynająć na 15 minut taksówkę. Nawet jak już nie będziesz poprawnie mówić, jakoś wydukasz adres. Pod tym klubem będzie ich multum i się nie pomylisz. Jak pojazdy powietrzne, miękkie, zamortyzowane, zabierają pasażerów z tej fabryki-klubu dla nieprzytomnych ludzi. Kierowcy podróżują z tobą przez chwilę, nawet nie poznają historii twojego życia tylko, pobierają opłatę jak Charon, tylko że z wąsami. Bo w tym mieście każdy taksówkarz ma wąsy. Bezpiecznie dowiezie cię do piekła dnia jutrzejszego. A rano? A rano suszy, boli, drażni. Spokojnie, to tylko długi weekend, zostało jeszcze kilka dni na ratowanie życia.

Oj, znów mi się nie udało.
Miało być dramatycznie, a wyszło jak zwykle.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *