Grawitacji nie oszukasz

Zapomniałem jak to jest mieć rozcięte usta, spuchnięte zastygającą od wewnątrz krwią. Jak to jest czuć smak krwi, połykanej łapczywie, spływającej przełykiem do żołądka. Jak to jest potem rzygać nią siną, bordową, zakrzepniętą w plastry trombocytów. Mam chyba złamane żebro, bo kiedy dotykam boku, to czuję mocną opuchliznę i środkowe wystaje pod napiętą skórą. Oby to nie było wieloodłamowe złamanie. Cholera oby, żaden kawałek nie przebił mi płuc, oby nie ten naostrzony brutalną siłą, bo coś musiało mnie wczoraj w nocy sponiewierać. – O Matko Boska jak boli – może nie zemdleję z bólu, kiedy pójdę się wyszczać. Głupio by było udusić się w kiblu, bez gaci, z zaplecionymi dłońmi wokół szyi. Lekarz stwierdziłby zgon spowodowany bezdenną głupotą denata. Oczywiście w grę wchodziłby również niefortunny samogwałt związany z poślizgnięciem się na mokrej podłodze, co w konsekwencji nagłego uderzenia o brzeg muszli klozetowej klatką piersiową, spowodowałoby złamanie żeber. Przebicie płuca odłamkiem kości, wylew krwi i uduszenie. Trochę głupio by było. Jeszcze to – O Matko Boska, O Jezu Chryste – przecież niewierzący nie powinni tak wołać. Lepkie słowa, synonimy cierpienia, na stałe zapadły w język polski, jak ciężkie kamienie w rzekę. Zaklęcia przeciwbólowe działają nawet na niedowiarków.

Ręka pulsuje mi tępym bólem. Takim młotkowym, metalicznym, twardym, rozłupującym wiązki mięśni. Promieniuje do nadgarstka, a potem wpływa z siniejąca skórą w palce dłoni. Musiałem w coś przywalić. W kogoś może.

Nic nie pamiętam. Zero.

Wymazałem pamięć alkoholowymi elektrowstrząsami jakie sobie zafundowałem. Może dotknąłem do jakiegoś przewodu nagiego i mnie kopnęło mocno. Sparaliżowało świadomość. Piwo i wódka zmieszane ze sobą doskonale przewodzą prąd o napięciu 220 V, a że znów wychlałem tyle tego, to mnie poraziło i oślepłem, straciłem pamięć. Może polazłem do jakiejś knajpy i w ciemności rozpętałem bójkę z bramkarzem. Albo kogoś obraziłem bluzgami godnymi tych ławkowych żuli i dostałem prosto w twarz. Wszystko się mogło zdarzyć. Mogłem też kogoś dźgnąć czubem outdoorowego buta w podbrzusze. Mogłem mu wybić z głowy zaczepianie mnie po pijaku, ale jego koledzy, mnie przekonali, że to był błąd i to nie byle jaki. Przekopali mnie przez ulicę i zasnąłem w rowie. Znalazła mnie policja i odwiozła do domu, bo w tym mieście nie ma wytrzeźwiałki. Wszystko się mogło zdarzyć.

Zachowałem się jak luj z Drwala Witkowskiego, albo nie. Lepiej. Jestem najlepszym kumplem luja, piję, nie trzeźwieję, składam się jak scyzoryk na ławce przystanku autobusowego i nie martwię się, co się ze mną stanie. Siłą woli transportuję swoje ciało w czasie i przestrzeni. Wynalazłem osobisty wehikuł napędzany tanią wódą. Jebudu… zmieniła się data w kalendarzu. Tylko podczas przelotu zahaczyłem nogą o coś wystającego i upadłem na głowę, na złamanie karku. Jak mi to łatwo przychodzi. Najprościej na świecie jest być czymś pospolitym, zwykłym, ogólnie dostępnym. Być czymś tanio kupionym i zapakowanym w jednorazową reklamówkę, o której nie trzeba pamiętać. Być byle jakim uśmiechem, grymasem twarzy, wzruszeniem ramion. Być bezwarunkowym istnieniem, o którym pamięta tylko: Matka Boska i Jezu Chryste, nikt więcej.

– Poproszę pół litra wehikułu czasu – piję, nie zwracam, startuję.

Jebudu… minął weekend. Tylko cholernie po tym boli głowa i jak się okazuje reszta ciała też.

Na stoliku obok łóżka leży mój telefon, klucze, portfel. Wyjściowy komplet, wszystko jest. Nic nie pogubiłem. To dobrze. W telefonie kilka nieodebranych połączeń. Śliczna dzwoniła. Lewą ręką wybieram numer. Prawa odmawia posłuszeństwa.

– Cześć, jak tam? – pytam się zwyczajnie, no bo jak mam pytać.

W światłowodach przeskakują cząstki elementarne. Unoszą głęboką, martwą ciszę. Trzask elektryczności, wibracje powietrza, dźwięk dociera do mojego ucha i zaczyna boleć.

To, że jesteś świnią, wiedziałam już dawno. Twoje pijaństwo nie ma już granic i ci twoi koledzy, tacy sami. Nie potraficie normalnie spędzić wieczoru, tylko ta gorzała i piwsko. I jeszcze ci powiem, nigdy, ale to nigdy więcej w życiu, nie łap mnie za tyłek w obecności tych swoich, pożal się boże przyjaciół. Ja nie muszę być tak traktowana. Nie zasługuję na to. Pijaku cholerny.

–  I jeszcze chciałem cię zabić… zapomniałaś dodać – ripostuję, bo trzeba się bronić.

–  O tym, to porozmawiamy jak wrócę od mamusi.

Od mamusi. Klasyka wydania. W ramiona matki, ciepłe, wyrozumiałe, wspierające. O Matko Boska.

– Dobrze. Powiedz mi jedno, bo mnie strasznie bok boli, o której wróciliśmy? Nie będę ukrywał, że końcówki wieczoru za bardzo nie pamiętam. Wiem, że wychodziliśmy i…

– Pięknie. Normalnie pięknie. Jak to wyszliście? Przecież wy nigdzie nie wyszliście. Ten drugi był tak pijany, że ledwo na nogach stał. Jedyne co mógł na siebie założyć to kapcie. Nic więcej.

– To co się stało do cholery. Mam chyba złamane żebra i coś z ręką.. nie tak.

–  Ooo i dobrze pijaku.

– Przestań się unosić, tylko powiedz co się stało.

– Ty naprawdę nie pamiętasz. A już myślałam, że głupka strugasz. Mój drogi, po tym jak już wypiliście wszystko co było w domu, zażyczyłeś sobie, żeby cię zanieść na górę, bo idziesz spać. Ja nie dałabym rady cię podnieść, więc pomógł ci ten twój kolega. Doszliście do połowy schodów. Potem chyba temu małemu sił zabrakło i żeście się z tych schodów zwalili. Upadłeś jak worek ziemniaków. Nic dziwnego, że sobie coś połamałeś. No już dobrze. Mocno cię boli? Mam przyjechać?

– A gdzie jest Chudy. Poszedł do domu? Odwiozłaś go.

– O tak, wsiadł do samochodu i sam pojechał.

– Żartujesz!

– No pewnie, że żartuję. Tego małego to jeszcze mogłam podnieść. Śpi w pokoju na dole.

– Cześć.

– No to mam przyjechać? Jedziemy na pogotowie? Przywieźć ci coś do jedzenia od mamusi?

– Cześć. Zadzwonię.

Spadliśmy ze schodów. Prozaiczny koniec wieczornych przygód. Takie szkody w organizmie, a my tylko spadliśmy ze schodów. Idę po Chudego.

Zejście na dół – boli bok, bo coś mi się przesuwa bezwładnie pod skórą, czuję, że tnie mi mięśnie. Otwieram drzwi od małego pokoju. Na łóżku, w pełnym opakowaniu śpi Chudy. Ubrany w kurtkę i w kapcie, a jednak pomylił je z butami. Może chciał jeszcze uciekać, ale nie dał rady. Padł raniony kulą nieprzyjaciela. W powietrzu przetrawiony zapach alkoholu, mgła promili zaparowała okno. Nic nie widać. Chrapie jak czołg.

– Chudy! Chudy wstawaj. Żyjesz?

– Eeeeee

– Żyjesz?

– Żyję kurwa. Czego mnie szarpiesz. Ałaaa jak mnie łapa napierdala.

– Wstawaj, musimy na pogotowie jechać.

– Ja nigdzie nie jadę. Ja jeszcze pijany jestem, a po pijaku nie jeżdżę.

– Przecież ty prawa jazdy nie masz i jeździsz.

– Nie mam, ale mam mieć, niedługo mi oddadzą. Po pijaku nie jeżdżę, chyba…Cholera co się stało? Wyglądasz jakbyś wpierdol dostał.

– No widzisz, bo żeśmy wczoraj dostali, pobili nas.

– Gdzie? Kto? Nic nie pamiętam.

– Zachciało ci się jeszcze do tej knajpy, tu obok mnie. Zaczepiłeś jakiego dryblasa i już. Zaczęło się. Ich było więcej, ale daliśmy radę.

– Widzisz jaka natura we mnie. Mały, ale waleczny. Zawsze tego największego wybiorę. To jest bardzo ważne, żeby tego największego walić w gębę, od razu, bez zastanowienia. Pamiętaj: duży szybciej na ziemię leci. Grawitacji nie oszukasz.

– Potem nas pokopali. Mi chyba żebra połamali.

– A co na to ona?

–  Zła. Mówi, że pijacy z nas.

– Powinieneś zmienić, nie ma nic gorszego niż życie z kimś, kto cię nie rozumie. Rozumiesz?

– Tak. Jedziemy.

– Kurwa, a po co mi kapcie założyła?

– Podobno sam się tak wyszykowałeś. Chudy, tak wcale nie było.

– Jak nie było? To jak było.

– Niosłeś mnie do pokoju na górze i żeśmy spadli. Nie dałeś rady. A potem Śliczna cię zaniosła do pokoju spać. I tyle.

– O kurwa, wiesz co – to już chyba lepiej jakbyśmy wpierdol dostali.

– No, raczej.

– Ale jedno ci powiem. Miałem rację.

– W czym?

– Grawitacji nie oszukasz.

– No, fakt, nie oszukasz.

2 Comments Grawitacji nie oszukasz

  1. Luśka

    Zatapiam się w bezkresie, bezczasie, onirycznych majaków – stają się moją rzeczywistością, chcę wierzyć, że są. Rzeczywistość jest jednak bardziej brutalna. Więc wznoszę kolejny toast.

    Odpowiedz
  2. PacaMan

    Miałem taką przygodę z grawitacja. Kiedyś byłem na Sylwka, grzeczna impreza średnio 0.7 Absoluta na twarz. Zadzwonił kolega gospodarza że jego goście padli i nie chce sam przeżyć północy.
    Na dobry wieczór dostaliśmy po lufie bimbru… i tyle pamiętam. Wiem tylko że chcieliśmy położyć spać gospodarza bo też zaniemógł. Ważył grubo ponad pake więc po chwilowym pionie upadł z hukiem na stół ze szkłem. Mam tylko obrazy w głowie takie jak biała glazura w łazience, wszędzie krew, my nieudolnie ratujący i ciemność.
    Rano po przebudzeniu ranny kolega leżał na dywanie obok plamy krwi. Rękę miał spuchniętą w przegubie (tam miał ranę ciętą) i tyle. Do dzisiaj nie wiem jak zdołał pozostać wśród żywych.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *