Nie stać mnie na wieczne pióro

Znów nasłuchałem się Walkiewicza, bo słowa w jego wydaniu ważniejsze są niż obraz. Stał na środku sali z poważną miną i opowiadał o swoim życiu, a ja go rozumiałem całkowicie. Śmiałem się z jego odważnych decyzji i nie dawałem wiary, że można je podejmować, ot tak, po prostu, zwyczajnie, wedle swoich myśli. Ma facet umiejętność mówienia i wygłaszania oczywistości w sposób jasny, trochę kabaretowy. Kolejny raz wspominał o szansach, o pociągach, do których trzeba wsiadać, bo więcej już nie podjadą na ten sam peron. I w naiwny sposób znów mu wierzę, że trzeba próbować, tylko nie brać tego co mówi dosłownie. Trzeba sączyć przez zęby jego monolog, gryźć ustami niedopowiedzenia, a łykać tylko suche fakty, żeby nie popełnić błędu. Żeby nie zadławić się smutną prawdą codzienności.

Mi jakoś ciągle nie starcza do końca miesiąca, zawsze mi zabraknie kilku groszy, aby przeżyć. I te wyzwania Walkiewicza nastrajają mnie walecznie, odważnie i znów ryzykuję. Tylko ja to robię cholernie na poważnie. Wiem, że z pisania nie wyżyję. Nie stać mnie na wieczne pióro i pewnie nigdy nie będzie, więc nie mam nic do stracenia.

Szukam, działam, znajduję.

I tak się złożyło diabelsko, że wsiadam do takiego pociągu życia, tylko że to Pendolino, ciche, wygodne i komfortowe. Wypachnione. Biorę ze sobą Witkowskiego Michała, który leży mi na kolanach i czeka aż przewrócę kolejne strony jego Fototapety. Jedzie ze mną przez całą Polskę walczyć o pracę, nowe możliwości, lepsze życie. No kto by się tego spodziewał, że o tak ważne dla mnie rzeczy, będę starał się, trzymając słowa innego faceta w rękach.

Ląduję w Krakowie, w nocy. Tramwaje, światła lamp i nie jest tak, jak w tym moim prowincjonalnym mieście. Zero podobieństwa, nawet w twarzach kobiet, które patrzą w inną stronę, gdzieś głębiej, w uliczki, w kamienice, ciemność ścian. Jak dziewczyny z obrazów Egona Schiele, rozpalone swoją własną sprzecznością, urokiem rozchylonych ust. Pięknie – myślę – bardzo pięknie.

Aby coś zjeść chodzę kilka kilometrów Starym Miastem. Zaglądam przez wielkie witryny pełne głodnych ludzi, przez tłum przepycham się, aby iść powoli. Znajduję restaurację Moment i jakoś mi ten Walkiewicz się wyświetla, że mówi Moment w którym stwierdziłem, że strach jest moim dobrym aniołem, który pomaga mi być bardziej uważnym i czujnym był momentem, w którym przestałem mieć władzę nad swoimi emocjami”. I już nie mam obaw, wchodzę, zamawiam, czekam na kelnerkę. Ta znika i pojawia się co jakiś czas rzucając mi niemrawe spojrzenie. Patrzy na ten stolik z gazetami i na mnie. Pewnie sobie myśli: weź gościu tego „Playboya”, i poczytaj w myślach, i się nie oglądaj złudnie, bo ja nie mam czasu. Więc biorę i czytam. O dziwo wszystko jest na opak. Kobiety ubrane, mądre teksty, ale okładka ta sama. Logotyp ten sam, błyszczący jaskrawo lakierem. I sobie przypominam, że „Playboy” będzie teraz poubierany, będzie lifestylowy, pięknie zaprojektowany. Szkoda, bo pamiętam pierwszego, dziewiczego. Chował go mój ojciec w swojej biblioteczce, pełnej albumów największych malarzy z ostatnich trzystu lat. Od podłogi do sufitu tomy surrealistów, impresjonistów, uduszonych kubizmem i tych wypchanych po brzegi zakłamanych socrealistów. I między Hieronimem Boschem, a hiperrealistycznym Sergem Marshennikovem stało, złote wydanie Playboya, rok 1990. Teraz jak to wspominam to chyba lepszego towarzystwa na półce nie można było znaleźć. Uporządkowania dla samej esencji kobiecości: wymieszanie błota piekła z gładkością kobiecej skóry. Mój ojciec chyba zrobił to specjalnie. W 1990 roku na rozkładówce była czarnoskóra, piękna Renee Tenison, ze złotą różą na szyi. Śniła mi się latami, aż spowszedniała, aż kochanka mojego ojca zabrała wszystkie albumy i tego „Playboya”, żebym nie miał po nim jakiejkolwiek pamiątki. Może i dobrze, że tak się stało. Tak prościej było zapomnieć.

Kolacja raczej słaba. Wymięta oszczędnością właściciela, pełna majonezu i przypalonych ziemniaków. Wzdyma mnie na samą myśl, ile mnie to kosztowało.

Idę dalej, na dobre piwo, może na setkę zimnej wódki, żeby się rozluźnić przed jutrzejszą rozmową o pracę.

Stalowa krata, roślinne ornamenty wiją się chłodem metalu i robaczywe, przerdzewiałe zapraszają do środka. Miła starsza pani w szatni zabiera mi kurtkę i mówi czule: zapłaci pan jak skończy. Teraz proszę wchodzić. I wchodzę.

Jama Michalika, najstarsza kawiarnia literacka założona w 1905 roku. Miejsce spotkań pisarzy, artystów, dziennikarzy i krakowskiej cyganerii. No to cholera trafiłem – myślę sobie. Pewnie będzie wypchana tymi porażonymi artyzmem, wypełniona zdaniami, których oni nie rozumieją, a piszą ich wiele na potęgę internetu. O dziwo, jest pusto. Ciężkie drewno zwisa nad moją głową i pijąc zimne piwo wydaje mi się, że ktoś na mnie patrzy, że te grafiki ręcznie malowane za szybami żądają, abym je zapamiętał, przeczytał poprawną polszczyzną, bez podlaskiego akcentu. Trochę tu strasznie, samemu myśleć jak tu kiedyś bywało. Zielone obicia kontrastują z półmrokiem i mam wrażenie, że ze ścian unosi się dym papierosów, fajek, tytoniu zwijanego w gazety. Sączy się ze światłem, rozpada nad tym zielonym materiałem i wtapia w moją skórę, w oddech. I mnie dopada: wdychaj nosem, wdychaj ciałem te słowa, które tu padły, te rymy wymyślone w lirycznych głowach, w tym kotle kabaretu na małej scenie, w tym zielonym świadectwie sztuki wyższej, lepszej, wielkiej. Wdychaj, bo nie będziesz miał okazji już więcej tu być, o tak późnej porze.

No i robi się jeszcze dziwaczniej. Na scenę wchodzi starszy pan. Zapala czerwone światło nad wiekowym pianinem. Na plastikowej podstawce obok niego czytam: Lesław Lec – 80 lat grania. I Lesław gra polkę, trochę Chopina i nieśmiało wygrywa kankana. Spogląda między stoły jakby szukał poklasku dla swoich jeszcze sprawnych dłoni. Pusto. Kankan kończy występ. Starszy człowiek informuje mnie, że za jedyne pięćdziesiąt złotych mogę kupić jego kompakt dysk. Trochę to dziwne słowa, nieużywane już przez nikogo, prawie tak jak muzyka Pana Lesława Leca.

Za szatnię płacę złotówkę i to chyba najlepiej wydane pieniądze w tym całym Krakowie.

W nocy znów nie mogę spać. Tramwaje rozjeżdżają mi głowę. Rano biorę tabletkę Ibupromu i wsiadam do taksówki. Ta wiezie mnie przez całe miasto, które utopiło się w szarości odchodzącej zimy. Wszyscy się gdzieś śpieszą, tak powszechnie, razem w zgranym rytmie. Jedno bijące cielsko, w którym wiją się arterie ulic i antyciała taksówek. Wszystko w ruchu, ciągłej walce o zdrowy rozsądek.

To była moja najkrótsza rozmowa o pracę. Całe 10 minut monologu. Prawie jak przedstawienie w tym kabarecie Zielony Balonik. Robotę dostałem, ale jakoś mnie nie cieszą prorocze słowa Walkiewicza, jakoś mi duszno w głowie, że się znów zgubię w nadgodzinach, że zapomnę o tym co mi sprawia przyjemność. Zapomnę pewnie, że robię to po to, aby zarobić na te wieczne pióro i przestanę nagle pisać.

I będzie koniec.

3 Comments Nie stać mnie na wieczne pióro

  1. Luśka

    Moją młodość górną i durną, mój wiek „żeński”, wiek klęski spędziłam w Gdyni . Tam przy ul. 3 Maja 27 już od 1946 roku mieści się Cafe Cyganeria. I co z tego spytasz? To miejsce, w którym jeszcze, albo już, kilkanaście-dziesiąt lat temu wypadało bywać – bywałam. Młoda studentka- ech. Dziś na stronie internetowej tego miejsca czytam, że już w 1948 zapraszała w swe podwoje pijalnia win, miodów, napojów chłodzących przy salonie sztuki „Cyganeria” w Gdyni 3 Maja. Nie byłam tam od lat. Nadrobię zaległości już za miesiąc – obiecuję. Może też spotkam kogoś, kto będzie mi chciał sprzedać swój kompakt dysk.

    Odpowiedz
  2. Nie mam słów

    W Gdyni można się zatracić, utopić w morzu knajp i restauracji. Życzę niegrzecznej zabawy, wtedy łatwiej kogoś spotkać z pendrivem czy innym MP3 🙂
    Dziękuję za komentarz!

    Odpowiedz
  3. Obleśny

    Ja nie godzien … zasady to jedyne co nam pozostaje w tym chaosie komercji zysku i innych dewiacji …

    W tej knajpie jakbym był twymi oczami i tańczył na tym pianinie 😉

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *