Życie o powtarzalnym smaku

Dzisiaj znów wstałem z bólem głowy. Nidzie nie mogłem znaleźć tabletki z krzyżykiem, żeby się przed nią wyspowiadać z wczorajszego dnia. Monotonia okłamywania samego siebie staje się nawet do zniesienia, zależy tylko od tego ile wypije się wieczorem. Ogólnie przyjąłem zasadę, że jeżeli nie zasypiam to piję, a jeżeli zasnę to będę miał czas, żeby tego wszystkiego nie pamiętać. Takie chmielowe perpetum mobile pozbawione logiki, ale skuteczne i może działać aż do śmierci. W sumie trudno o niej nie myśleć, ale w życiu to jedyna pewność, która nadejdzie i zaskoczy. Cała reszta się nie liczy.

Nie wiem czemu, ale zawsze rano mam ochotę na zimne mleko. Tak mi to zostało od młodości. Kiedyś twierdzono, że jest źródłem zdrowia i siły. Dwadzieścia lat później pojawiły się dzieci z refluksem, alergią na białko i całe pokolenie bezglutenowych Polaków, zupełnie jakby ktoś ten naród przeklął i zesłał kolejną plagę. Mleko nie jest już modne. Jest trochę passe. Sam nawet do końca jestem pewien czy to mleko z Piątnicy jest w 100% mlekiem, ale łudzę się tym, że moja matka się nie myliła i każdy łyk pozwala mi na powrót do normalności, a już na pewno na wyostrzenie wzroku i odrobinę przyjemności. Nie wiem tylko co mam zrobić z bólem krzyża, który doskwiera mi coraz bardziej. Starzeję się, a ten krzyż co go niosę robi się coraz cięższy i bardziej mnie przytłacza jakby coś odliczało mi dni skrzypnięciami kości i jękami. Dobrze, że przynajmniej umiem się z tego śmiać przez łzy kiedy z wysiłkiem wstaje z łóżka.

W lodówce zaczęło dogorywać światło, jednak w ciemności znalazłem jeszcze jedną, zimną butelkę piwa. To dziwne, że wybawienie przyszło właśnie z jej zimnego wnętrza. Złoty płyn złagodził ból głowy szybciej niż chemiczna pastylka, której i tak nie mogłem znaleźć. Teraz nie musiałem nic więcej robić. Dotarło do mnie, że w sobotę rano mogę spotkać się tylko ze swoją skrzynką mailową i najświeższymi informacjami z mojego miasta, ewentualnie ze świata, bo ten cholerny kraj może mnie doprowadzić tylko do gwałtownej ucieczki stąd. Jakie to banalne, mdłe, suche i wyniszczające rozum. Nikt nic ciekawego nie napisał. Pierdoły bez polotu: brawurowy pościg za pijanym Litwinem, Szkołą numer 5 wygrała konkurs matematyczny, w lecie spada bezrobocie. Liczba nowych wiadomości do mnie: 0. Znów piszą o naszym prezydencie. Przyczepili się do człowieka, który zjadł zęby na manipulacji i alkoholu. Znów im uciekł, wymknął się nawet z rzędów tych równo poustawianych liter, zupełnie jakby pisali o kimś innym. Ja go w sumie podziwiam, bo miał jaja, żeby ich wszystkich wyprowadzić w pole. Po tych przegranych wyborach jego i tak nikt nie będzie pamiętał. Znów wygrał.

Co zrobić z tak nieszczęśliwie rozpoczętym dniem? Ubieram się wolno, zawsze tak miałem. Nie spieszący się nigdzie człowiek ma sporo czasu na myślenie nawet o głupotach, ale zawsze jest to jakiś przejaw myślenia. Ta stara koszula zupełnie się ze mną zrosła. Nawet nie pamiętam skąd i od ilu lat ją mam. Wyblakła, poszarpana, ale czuje się w niej dobrze. Myślę, że czasami nawet przez nią staję się zupełnie szary, niewidzialny dla innych. Zlewam się z tynkami domów i gdybym nawet się gdzieś po pijaku przewrócił, to pewnie nikt by mnie nie znalazł. Kolejny przejaw tego, że nie do końca jestem normalny, a może po prostu jestem sam i dlatego wariuje.

Podchodzę do nocnej szafki. Pusta przestrzeń z czarnym prostokątem na środku. Podnoszę leniwie portfel. Do palców przykleiła mi się dwudziestka, tak wygnieciona jak moje życie. Starczy mi na jeszcze kilka piw i może słodki kawałek ciasta z brzoskwiniami. W głowie pomału układam sobie ten dzień i wpada mi do pomysł na spacer. Tak, powolny, spokojny spacer.

Za oknem rozbawiony koszeniem trawy gospodarz domu walczy z obrotami w swojej kosiarce. To tak trochę chyba za karę, abym wiedział dlaczego żyję. Cholerny kat początku dnia, tym zgrzytem wkradał się w moją świadomość i ten piłujący dźwięk odbija mi się teraz po głowie tępym bólem. Przez ten poranny warkot wspominam cały tydzień. Ogólnie wszystko jest w porządku. Poranna toaleta, pożegnania z kotem, pachnąca kawą środa i czwartek. Do pracy drepcze ze mną prawie pusta torba, w której nosze zupełnie nie potrzebne mi papiery, rachunki, żółte kartki z głupimi myślami. Nie potrafię wytłumaczyć po co mi ona właściwie. Może gdybym miał w niej kanapki zawinięte w biały papier, jabłko, soczyste i słodkie, mój notatnik z kawałkiem wspomnień to pewnie byłaby potrzebna. Tak to zupełnie zbędny ciężar, który chyba pozwala zająć mi się bezczynnie zwisającymi rękami.

Chodzę tą samą drogą codziennie. Pewnie dlatego nie potrafię przypomnieć sobie ją całą. Czasem zza ciemnych okularów obserwuję ludzi, których mijam. Część z nich już znam, na część patrzę z jakimś żalem i smutkiem, że muszą z tymi ciepiącymi i bolącymi minami iść do pracy, która w ogóle ich nie obchodzi. Tacy współcześni niewolnicy. Wolni ciałem, ale nie umysłami. Zagubieni, ale wiedzą jak wrócić po ciemku do domu. Szkoda mi ich, tak zwyczajnie, po ludzku. Spotykam też znajomych, rozmawiamy, z czystą kartuzją, zachowawczo. Powtarzamy ten sam rytuał, za każdym razem jak się widzimy. To dziwne, że ludzie dzisiaj potrafią ze sobą rozmawiać tylko o tym samym.

Bywa też, że na przejściu przez ulicę wypełnioną spoconymi przychodniami spotykam dziewczynę. Zupełnie inną niż ci zniszczeni życiem ludzie. Lekką, z równo zaczesanymi włosami do tyłu. Zawsze się spóźniam i patrzę na nią z boku. Ubiera się skromnie, ale ze smakiem. Rozpoznaję pewne połączenia kolorów, dobór torebki, butów, w ziemie nosi kaptur, który kompletnie zakrywa jej głowę. Ma styl. Kiedy dźwięk z przejścia pozwala na dalsze kontynuowanie marszu do pracy ona zdecydowanie wyprzedza wszystkich. Trzyma ręce blisko ciała, choć czasem jej ramię lekko wędruje w bok. To jest bardzo seksowne, niewinne, subtelne. Jej biodra uwodzą moje spojrzenie zupełnie jakby robiła to specjalnie. Jakby wiedziała, że na nią patrzę. Potem skręca w lewą stronę i nawet się nie ogląda czy coś nadjeżdża boku. Dziwie się jak to widzę, bo zawsze uważałem, że piękne kobiety piechotą nie chodzą. W sumie może jest wolna i czeka na kogoś kto ja zaczepi, zapyta jak się nazywa, porwie ją pytaniem zupełnie innym niż te, które do tej pory słyszała. A może jest zupełnie samotna, nikogo nie kocha tylko siebie i dlatego lubi jak inni na nią patrzą zza przyciemnionych okularów. Zawsze mam trochę radości jak ją spotykam, choć ostatnio rzadko, może kupiła sobie wreszcie samochód.

Samochód. Właśnie. Rzadko nim jeżdżę do pracy, dlatego, że mam bardzo blisko, ale jak mi się zdarzy to chyba jak na złość wszędzie osaczają mnie korki, wypadki, kontrole trzeźwości. Denerwuje mnie też to, że w tym kraju wszystkie remonty drogowe przeprowadzają w najbardziej upalne dni lata. Ruszam, staję, ruszam, zwalniam, staję. Wydaje mi się, że zabłądziłem w zakamarkach prostej ulicy widząc zewsząd okna, zza których patrzą się na mnie równinie zdziwieni ludzie. Ciągle naciskam na hamulec i już nie wiem tak naprawdę gdzie mam jechać. Przestałem już nawet śpiewać w samochodzie, bo nie znam żadnego wesołego radia, tylko piosenka Comy: Spadam, spadam jakaż zabawa …, jakby na pokuszenia, aby nacisnąć gaz i rozpieprzyć to wszystko w drobny mak.

Jestem przekonany, że nie ma chaosu w codzienności. Ona jest przewidywalna. Ułożona według kalendarza porannych pobudek i smutnych wieczorów. To trochę tak jakby ktoś wyłączył pory roku, a dzień i noc wypełnił zupełnie tym samym, identycznym obrazem. Nikt nawet by nie przypuszczał, że moja samotność to tylko udawanie, że bawię się w trudne życie, kiedy ono jest takie samo. Są tam luki wypełnione zwykłymi rzeczami, które przeszkadzają napić mi się do końca smutkiem i i jakąś częścią zazdrości o to, że mogło być zupełnie inaczej. Nie jest prosto chodzić ścieżkami, które prowadzą donikąd. Zupełnie jak ta droga, monotonna, mozolna, wręcz śpiąca prowadząca mnie do pracy.

Kiedyś lubiłem spacerować. Zawsze miałem chwilę, żeby pomyśleć o tym co mnie spotkało i co chciałbym, aby stanęło na mojej drodze. Często marzyłem o mojej miłości, którą zobaczę przypadkiem na ulicy, zupełnie jak ta dziewczynę z przejścia. Staniemy naprzeciwko siebie i wszystko będzie jasne. Ja, ona, my. Jednak w życiu idealistyczne marzenia udają tylko chorobliwe tęsknoty i cała ta patologia pozytywnych myśli spada w dół tego małomiasteczkowego szamba. Już wiem, że ten spacer nie będzie inny od wszystkich. Będzie tylko chwilą, która pozbawi mnie kolejny raz złudzeń.

Długa ulica

Aleja, która łączy dwa końce miasta dzieli je zupełnie na pół. Jakby na dwa światy, które tylko rano ożywają wspólnym tętnem i ucichają po osiemnastej. Najważniejsza ulica w mieście wieczorem jest pusta, tylko pogardliwie poruszające się samochody z rozkrzyczanymi dzieciakami nie dają jej zasnąć w ciemnościach. Teraz kiedy mijam Dworzec Autobusowy rozglądam się i widzę inne pokolenie ludzi. Są starzy, idą wolno z koszami wypełnionymi kapustą, pomidorami, rzepą, którą kupili na pobliskim targu. Część z nich ciągnie powoli wózki wypełnione tym, co będą jedli przez najbliższy tydzień. Czuję znów żal. Za to, że czekają na śmierć w tak podłym i dusznym mieście, że nie udało im się stąd uciec kiedy mieli szansę. Ich samotność nijak ma się do mojej ponieważ ja tą szansę jeszcze mam, mogę zorganizować swoje potrzeby i czmychnąć stąd w pośpiechu, bez oglądania się za siebie. Oni już nie.

Wydaje mi się, że już nic nie czują, tylko ogarniający ich strach o to czy uda im się tu wrócić w koleją sobotę po kapustę, pomidory i rzepę.

Mijam stary budynek z czerwonej cegły. Obok niego jest słup z ogłoszeniami oklejony tak gęsto plakatami, że trudno cokolwiek z niego odczytać. Może ludzie są tak naiwni, albo tak głupi, że wierzą w to, że im więcej tym lepiej, może i tak nic z tego nie rozumieją. Myślę sobie, że istnienie tego słupa w pobliżu tego budynku z czerwonej cegły to istna profanacja, bo tam powinno się pamiętać tych, którzy zginęli, w jego piwnicach, niż to co będą grać w amfiteatrze na świeżym powietrzu.

Dalej mijam sklep, który kiedyś nazywano Trupek. Podobno w przeszłości jakiś urzędnik czy budowlaniec powiesił się na lampie, na środku alei, właśnie pod tym sklepem. Trupek teraz świetnie komponuje się z upadającymi lokalnymi sklepikami ze spożywką, które wypierają zagraniczne molochy. Szkoda tylko, bo to było polskie, tak jak ten wisielec, który nadał imię temu upadającemu biznesowi.

Idę dalej ze spuszczoną głową, a mój spacer jest taki jak o nim myślałem rano. Chwilę po tym czuje na sobie wzrok kogoś kto mnie obserwuje. Podnoszę głowę i widzę, że na niskiej barierce przystanku siedzi starsza kobieta. Po chwili odzywa się do mnie jakby dostrzegła, że ją zauważyłem.

– Proszę pana, nie mam co jeść. Jestem sama. Dużo choruję. Czy pomoże mi pan jakimiś pieniędzmi?

Jej buzia była poorana zmarszczkami, jakby ktoś zrobił to jej specjalnie, jakby ktoś się nad nią znęcał latami odświeżając rany na jej twarzy.

– Nie mam przy sobie drobnych… nie mam pieniędzy – odwróciłem wzrok i poszedłem dalej.

Skłamałem. W kieszeni miałem te dwadzieścia złotych wyjęte z pustego portfela. Dogoniły mnie wyrzuty sumienia i strach, że w sumie przez chwilę stałem się odpowiedzialny za jej smutne życie, że mogłem jej pomóc nie być dzisiaj głodną. Zatrzymałem się i odwróciłem sięgając do kieszeni spodni. Jednak kobieta z trudem wsiadła do autobusu, który chwilę potem odjechał. Nie ma na tym świecie sprawiedliwych i tych, którzy sprawiedliwie dzielą, są tylko tacy, którzy udają, że ten świat jest do zniesienia.

Aleja kończyła się ulicą Zjazd. Stroma, opadającą pod górą, na której stał hotel w swojej niezmienionej formie z lat osiemdziesiątych. Identyczny jak ze starych pocztówek, tylko brakowało mu neonu GROMADA, który w nocy świecił zielonym światłem Zupełnie jak jakaś latarnia na środku morza uciekających z tego miasta samochodów i rzędów lamp, które gasły dalej nad rzeką. Melancholijne świadectwo bezmyślności i braku pomysłu co z tym zrobić. Zadziwiające, że hotel stanął na zgliszczach kościoła zburzonego w czasie wojny i chyba z rozmysłem, ktoś postanowił postawić tu ten pomnik próżności, aby inni mieli nauczkę i wiedzieli, że nie ma świętości. Wszystko można zmienić na coś zupełnie innego niż dom boży.

W pobliskim sklepie zaprzyjaźniona ekspedientka sprzedaję mi dwa piwa. Zimne, dobrze schłodzone. Pyta mnie o zdrowie, a ja znów pokornie odpowiadam, ze wszystko dobrze, że mam pracę, rozwijam się. Kolejne kłamstwo zupełnie jak Piotr, który trzykrotnie wyparł się Jezusa. Odchodzę zostawiając ją z uśmiechem, ale sam zaczynam myśleć o tych zimnych piwach, które zaczęły obijać się o moje kolana.

Dotarłem do miejsca, które jest mi bardzo bliskie. Rzeka, która opływa miasto w swojej formie jest niemym obserwatorem zmian, dekonstrukcji rzeczywistości. Jest prawdziwa, cicha, a mi zawsze dawała odpocząć i skupić się na myśleniu o czymś zupełnie innym niż moje problemy. Kiedy wlewałem kolejne łyki zimnego napoju przypomniałem sobie wczorajszy sen. Był miły, lepki od namiętności i gorących oddechów. Uśmiechnąłem się do siebie. To zadziwiające, jak mocno sny potrafią oddziaływać na nasze życie, choć są tylko projekcją podświadomości. Tego o czym nigdy nie myśleliśmy, a może odwrotnie tego czego pragnęliśmy nie wiedząc o tym. Sny gryzą tylko serce, zostawiają niewidzialne blizny w uśmiechach nad ranem, o ile ktoś je zapamięta. Potem jest tylko niepamięć i koniec ucieczki.

Wieczór nad rzeka zapadł szybko i szybko skończyłem to co miałem do wypicia. Spacer minął tak jak ten dzień. Wracając do domu kamiennymi schodami łapałem oddech tak łapczywie jakbym chciał udławić się powietrzem. Kiedy dotarłem do szczytów schodów odwróciłem się. Lampy na starym moście przygasały. Pustą ulica przemkną ciężarowy samochód, który znikną w ciemnościach zupełnie tak jakby go tu nigdy nie było.