Pij powoli cz.1

Tu wszystko jest na opak. Stary Rynek, na którym kiedyś rosły piękne drzewa wycięto i wyłożono czerwona cegłą. Fontannę zmieniono na wystający ze środka podest, o który potykają się samotni turyści cofając się i niezgrabnie robiąc zdjęcia zabytkowym kamienicom. Pełno tu brudnych ludzi. Śmierdzących uryną i potem, zupełnie jakby ktoś o nich zapomniał, a jedynym śladem ich istnienia jest snucie się o kulach między ławkami. Ostatnio postawiono na jednej z uliczek żeliwną ławkę z siedzącą postacią Hanki Bielickiej. Miała spoglądać w kierunku Ratusza, śmiejąca się, miła, dobra, w metalowym kapeluszu z kwiatami. Potem ją odwrócili, może było komuś wstyd, że patrzy na kolejne skandale z udziałem urzędników, którzy ciągle są niewinni, czyści i naiwni przed obiektywem kamery.

Tu na tym rynku jakoś ludziom nie wychodzi. Próbują sprostać rzeczywistości, a potem ta rzeczywistość ich dogania i zamykają te swoje sklepiki, bo nie ma klientów, kończą biznesy, o których marzyli całe życie, bo nie stać ich na kolejne podatki i czynsz. Nie stać ich na tracenie czasu, kiedy spoglądają przez witryny sklepów ze skórzanym obuwiem czy herbatą z całego świata na wagę. Po Starym Rynku chodzą tylko szczątki ludzi z powybijanymi zębami, pijani w trupa i pozbawieni człowieczeństwa.

Jedynie w upalną niedzielę, kiedy słońce przegoni tych, którzy długo na słońcu nie usiedzą bez snu, rynek wypełnia się śmiechem dzieci. Biegają z rozpuszczonymi lodami wokół kochających się par, które spacerują za rękę jakby od święta. Patrzą sobie głęboko w oczy i całują się częściej niż ze sobą rozmawiają. Miejsce nie jest już piekielne tylko ucywilizowane, normalne, chociaż na chwilę. Po zmroku wszystko pustoszeje, cichnie, nie słychać stukotu damskich obcasów o nierówny bruk, słuchać tylko wycie psów pochowanych w zakamarkach sennych uliczek.

Na rogu rynku jest galeria sztuki. Wciśnięta między okulistę i sklep z damską bielizną, zupełnie jakby ktoś zrobił jakiegoś psikusa całemu kulturalnemu życiu w tym smutnym mieście. Dwa okna i wąskie drzwi, które prowadzą do świata miejscowych surrealistów, fotografów, grafików, poetów, rzeźbiarzy, malarzy, przyjezdnych malarzy i wszystkich tych, których stać na coś więcej niż zwyczajne uchlanie się przed telewizorem. O poziomie nie ma co wspominać, choć wydawałoby się, że im bardziej zagmatwana sztuka, im bardziej niezrozumiała to wywołuje większy zachwyt nielicznych, odwiedzających galerię. Zupełnie jakby udawali, że rozumieją “II cz. terytoriów wyodrębnionych” malarza z Sokółki i podzielają jego zachwyt nad liniami, kwadratem i żółtym kółkiem.

Galeria ma jeszcze jedno pomieszczenie, a dokładniej kawiarnię, do której schodzi się stromymi schodami w dół, pod kamienicę. W piwnicach jest lokal o budzącej artystyczną wyobraźnie nazwie „Dołek”. Pomieszczenie jest ciemne, z czarnego sufitu zwisa pozbawiona klosza lampa, z jedną żarówką rzucającą żółte światło. Małe stoliki ustawione w nieładzie przypominają samotne wyspy, przy których ci porażeni artyzmem w spokoju mogą kontemplować nad swoimi pracami, życiem czy po prostu zaglądać drugiemu w jego pusty kufel piwa. Bar jest również skąpy. Wysoki z czerwoną krawędzią, wygląda jak konfesjonał, za którym stoi wąsaty i gruby barman. Milczący, przyklejony mokrą szmatą do jego powierzchni dba o to, aby chociaż on był tu jedyną rzeczą pozbawioną brudu. Barman podaje zimne piwo z nalewaka tylko lokalne oraz butelkowe schowane w zielonych skrzynkach pod barem. Z racji tego, że nie ma tu miejsca na lodówkę jest zawsze ciepłe, ale za to najtańsze. Do „Dołka” wpadają samotni artyści, ich kumple, kobiety, które szukają artystów lub same się za takie uważają, czasem jakiś dziennikarz, którego wszyscy posądzają o homoseksualizm. Czasem zwykli przechodnie, których los zrzucił ich z tych stromych schodów w dół.

Wieczorem 22 listopada młody chłopak schodził do „Dołka” wolno. Trzymał się mocno poręczy i stawiał kroki rozważnie, jakby bał się, że kolejnego stopnia przed nim nie będzie. Kiedy dotarł do baru pociągnął wysokie krzesło spod ściany i usiadł, głęboko nabierając przy tym powietrza w płuca. Z kieszeni kurtki wciągnął paczkę papierosów w miękkim opakowaniu, którą rzucił na blat baru. Barman podał popielniczkę i odszedł, jakby wiedział, że jeszcze nie musi pytać chłopaka o to, co wypije. Ten jeszcze długo wpatrywał się w ścianę przed nim i nagle się poruszył, chyba sobie przypomniał po co tu przyszedł. Zaczął nerwowo szukać czegoś w kieszeniach spodni, z których wyciągnął starą, metalową zapalniczkę. Odpalił ją za trzecim razem. Jasnemu płomieniowi towarzyszył zapach benzyny i siarki, intensywny, drapiący w gardło. Papieros rozpalił się, a z jego ust wydobył się szary dym. Barman podszedł i spytał grzecznie co podać. Jego twarz utopiła się nagle w tytoniowym oddechu chłopaka, oblepiona nim jak plastikowym workiem, którym chciał go udusić.

– Poproszę zimne piwo – spokojnie odpowiedział chłopak.

– Widzę, że miał pan zły dzień? Zmęczenie, kac? Na kaca najlepsze jest piwo. Wiem, bo kiedyś piłem, ooo… dużo piłem. Oczywiście, wie pan to zależy kto co lubi, nieraz dobra jest jeszcze wódka. Coś panu powiem – jeszcze jedna mała pięćdziesiątka nikogo nie zabiła.

Barman zarechotał pod nosem, a oczy chłopaka powędrowały w dół. Przegarnął włosy ręką i spojrzał na człowieka, który właśnie udzielił mu swojej największej życiowej rady.

– Nie chcę zabierać pańskiego cennego czasu swoimi problemami i odpowiem prosto: tak, zdecydowanie kac. Co do reszty mojego złego humoru wolę jeszcze pomilczeć, oczywiście o ile będę mógł tu jeszcze posiedzieć.

– Panie, a siedź pan ile pan chcesz. Tutaj różni przychodzą. Nie tylko pan masz dzisiaj kaca. Tam w rogu siedzi prokurator, chyba na nazwisko ma Roguski czy Rogowski… jakoś tam. Pije od pół roku. Cały czas. Tutaj przychodzi wieczorami, siedzi i myśli. Potem przyjeżdża po niego żona i go zabiera. Dziwne, ona nigdy na niego nie krzyknęła, ni nic, tylko go bierze pod pachę, płaci i wychodzi. Anioł nie kobieta. Mówię panu różne są problemy na świecie, a on musi codziennie poznawać te najgorsze, tych najgorszych ludzi, może dlatego pije.

Barman nalał kufel piwa i podał go chłopakowi. Ten objął go dłonią i wypił prawie połowę za jednym razem.

– Widzę, że znasz się pan na robocie – ciągnął dalej – nieraz jak kończę pracę to też sobie pozwolę. Tylko jeden kufelek. Znam to pragnienie, to trochę tak, jakby się chciało uratować nie tylko spragnione ciało, ale i duszę. Znam to panie, miałem w swoim życiu rzeczy trudne i nie raz ratowałem się w ten sposób. Tylko to nie prowadzi daleko. Widzisz pan gdzie skończyłem…

Mężczyzna znów spuścił głowę, nerwowo poprawił kolejny raz włosy. Odwrócił się od śmiejącego barmana i spojrzał na wypełnione dymem pomieszczenie. Panujący półmrok rysował tylko sylwetki gości. Nagle z czarnych głośników popłynęła smutna piosenka:

Nie mam dla Ciebie miłości,

Ktoś tu był przed Tobą

Nie ma we mnie miłości,

odchodząc zabrała ją ze sobą…

Większości gości ucichła. Chłopak zapytał się niskim głosem, czy nie ma czegoś weselszego, bo to jest strasznie dobijające.

– Panie, żebym ja tu puszczał wesołe piosenki, to żaden z nich by tu nie wytrzymał. Oni muszą słuchać takiej muzyki, bo tu przychodzą tacy co piją z miłości albo dlatego że nie mogą już nikogo kochać. Większość z nich to tego smutku potrzebuje, żeby tworzyć, inaczej nie potrafią. Wyobraża pan sobie tutaj grające disco polo, albo inne dance czy co tam teraz modne. Myślisz pan, że np. ten prokurator długo by tu wytrzymał jakby leciało Królową mą tylko bądź…Mi to odpowiada, bo im większy artysta to więcej pije, a ja zarabiam. I o to tu tylko chodzi.

Mężczyzna dogasił papierosa i skończył pić piwo. Jego oczy wyostrzyły się, a twarz trochę złagodniała. Zamówił kolejne piwo, które otrzymał w ekspresowym tempie, prawie jakby już na niego pod barem od dawna czekało. W lokalu zrobiło się duszno i jeszcze bardziej mglisto. Pojawiały się kolejne osoby zajmujące miejsca przy stolikach, a rozmowy rozpoczynały od papierosa.

Do baru podszedł wysoki, chudy mężczyzna. Jego głowa wyglądała zupełnie tak, jakby miała zaraz odpaść od korpusu, wygięta do przodu zwisała na żylastej szyi. Człowiek miał dobrze wyprasowaną koszulę, do kieszeni której schował okulary. Usiadł obok chłopaka i zamówił piwo.

– Poczęstuje mnie pan papierosem. Cholera tutaj po 22:00 nigdzie nie kupi się ani papierosów, ani chleba. Najstarsze miejsce w mieście, a nie ma nocnego. Ten za barem to sprzedaje tylko fajki od ruskich, te śmierdzące łajnem wielbłądów. Jak je tu rozpalają to robi się zupełnie ciemno. Całe szczęście, że jeszcze w tym dymie odnajdują drogę do kibla bo …

Barman podskoczył ze stołka kierując się w stronę chudego mężczyzny:

– Te prorok, nie truj mi tu za uszami. Grzecznie i z kulturą, nie przeszkadzaj panu.

Chłopak z zaciekawieniem spojrzał na gościa, który przysiadł się do niego, a ten z uśmiechem się przedstawił.

– Nazywają mnie Prorok i to jest lepsze niż moje prawdziwe imię. Budzi ciekawość. Ludzie zwracają na mnie uwagę. A pan, jak ma pan na imię?

– Janek – odpowiedział chłopak.

– Stare, polskie. Ładne.

– Co Prorok robi w „Dołku”? – zapytał chłopak.

– A Prorok drogi Janie siedzi, rozmyśla, kontempluje, rozmawia z tymi wszystkimi pożal się boże pseudo artystami. Po części siedzę tu też trochę jak w więzieniu, bo w tej części miasta tak jak nocnego, nie ma też innych lokali oprócz tego.

– I oto tu chodzi – rzucił barman. Ty Prorok, a gdzie będziesz miał lepiej, u mnie masz otwarty rachunek i po taxi ci dzwonię za darmo.

– Dzisiaj szanowny panie to wszyscy mają za darmo, więc nie licz tego co już mam.

Barman roześmiał się i wziął do ręki tacę, z którą zniknął między stolikami.

– Ci co tu przychodzą mają dużo czasu. Zamartwiają się nad sobą, dotykają miękkimi słowami. Czasem ktoś tu płacze, często płaczą tu faceci. Mówię Ci Janku, to jest takie magiczne miejsce, gdzie jako Prorok nie mam nic do roboty, bo wszystko widać jak na dłoni. Chłopak spojrzał na dno kufla, w którym zostało kilka łyków piwa i zapytał:

– Dlaczego Prorok?

– A to dziwna i w sumie smutna historia. To ludzie stąd mnie tak nazwali. To było pewnego wieczoru, chyba na wiosnę, tak to był marzec. Siedziałem tu i miałem już dobrze wypite. Do mojego stolika przysiadł się jakiś chłopak, może był w twoim wieku. Był też dobrze zrobiony. Rozmawialiśmy o jego życiu, o tym co chce zrobić i ile jeszcze przed nim. Wypiliśmy jeszcze kilka piw, potem on powiedział, że idzie do domu. Ja mu na to rzuciłem, żeby na siebie uważał, bo po takim wieczorze głupio byłoby zginąć pod kołami jakiegoś samochodu. Kilka osób słyszało to pożegnanie, pewnie dlatego to pamiętali. Ten chłopak… przeszedł dwie ulice dalej, kiedy wchodził na przejście nie zauważył nadjeżdżającej Karetki Pogotowia. Samochód ciągnął go pod kołami jeszcze kilkadziesiąt metrów. Zginął na miejscu. Był młody, taki jak ty… Aaa… był fotografem, robił zdjęcia ptaszkom. Uwieczniał sikorki, szpaki, wrony w parku, czasem dzikie gęsi na przelotach. Były nawet ciekawe, bardzo spokojne, wypełnione kolorami ptasich piór. Samochód, który go rozjechał zmielił jego ciało i rozciągnął po całej ulicy. Policjant, który robił zdjęcia wypadku miał problem, aby objąć całe miejsce zdarzenia. Fotograf, którego śmierć nie zmieściła się w kadrze. Trochę to ironiczne, ale smutne. I tak oto drogi Janie zostałem Prorokiem od Ostatecznego. Czasem żałuję, że to powiedziałem, czasem żałuję, że jak o tym myślę, to te rzeczy się dzieją. Czasem ludzie przy mnie umierają. Dziwne, prawda?

Janek przełknął nerwowo ślinę, a jego oczy skierowały się w stronę wyjścia. Zupełnie jakby chciał nagle uciec stąd, od tego dziwnego człowieka, który przestraszył go swoją opowieścią.

– Wie pan trochę to straszne. Twierdzi pan, że potrafi przewidzieć czyjąś śmierć?

– O tam od razu przewidzieć. Kilka razy mi się udało. Stara Ziemkiewiczowa miała 85 lat, była chyba pierwsza. Pamiętam, że to było w zimę, spotkałem ją jak wracała z Kościoła. Zawsze nosiła ze sobą drewnianą laskę, którą się podpierała całkiem sprawnie i zwinnie jak na swoje lata. Wtedy było bardzo zimno. Powiedziałem jej, żeby się cieplej ubierała, bo zimno jak w kostnicy. Ona się zaśmiała i rzuciła, że się jeszcze tam nie wybiera. Kilka dni potem, to było przed Bożym Narodzeniem jej rodzina znalazła ją w martwą. Ziemkiewiczowa chyba wietrzyła przed snem mieszkanie, jej laska złamała się, a może się o nią potknęła. Przewróciła się i straciła przytomność. Zamarzła przy swoim łóżku. Zupełnie sama w mieszkaniu, do którego wpadały jedynie światła ubranych choinek. Potem było jeszcze kilka osób, ale ja uważam, że to tylko czysty przypadek.

Prorok uśmiechnął się i zamówił piwo dla chłopaka.

– Przestraszyłem cię? – zapytał dalej się śmiejąc – no chyba nie wierzysz, że ktoś mógłby przewidzieć czyjąś śmierć? To tylko takie historyjki z „Dołka”. Ja ci powiem, że wielu tu ma bardzo podobne, a im bardziej wymyślne tym lepiej. A ty Janku jaką masz historię? Po co ty tu wpadłeś?

Mężczyzna spojrzał na kufel piwa, z którego przelewała się gęsta piana.

– Miałem wczoraj zły dzień, trochę się napiłem i przyszedłem się poleczyć. Tu nie ma okien i nikt na ciebie nie patrzy. Czasem łatwiej się upijać, jak nikt nie patrzy. Wynająłem ostatnio tu mieszkanie, całkiem niedaleko, na czwartym piętrze. Kapitalny widok na okna sąsiadów, a wieczorem to tam się dzieje … – Janek uśmiechnął się i popatrzył na Proroka. Mieszka ze mną moja dziewczyna, znaczy chyba dziewczyna, bo tak naprawdę to więcej jej nie ma niż jest. I tego właśnie nawet pan nie przewidzi – kim ona dla mnie jest? Ja sam się pogubiłem.

– A jednak kobieta. To trochę banalne pić z powodu dziewczyny, która jest, a jakby jej nie było. Przeprowadziłem tu kilka ciekawych rozmów o miłości. Wszystkie kończą się tak samo: albo wracają do siebie, albo nienawidzą się tak, że nie potrafią na siebie patrzeć. A przewidzieć kim ona jest dla ciebie? To proste. Pewnie jest wszystkim o czym myślisz, wszystkim czego pragniesz i wszystkim czego nie możesz zrozumieć. I już.

– Coś w tym jest – Janek napił się łapczywie piwa i opuścił głowę.

– Nie będę ci teraz przytaczał mądrości, że kobiety są jakieś inne, że tak naprawdę nie da się ich zrozumieć. Takie pierdoły można zostawić pijakom, którzy szukają wytłumaczenia na swoje zdrady, kochanki i bliskie koleżanki. Te wyjątkowe są jak huragan, który zatrzymuje powietrze i rozrywa je potem chłodnym wiatrem. Żywiołu nie da się powstrzymać, ale można go podziwiać. Robić to codziennie, aż opadnie się z sił. Miałem tak kiedyś. To było bardzo przyjemnie, choć skończyło się szybciej niż myślałem.

– Tak jak burza?

– Dokładnie. Inaczej ma się w tym wszystkim miłość, ale to kwestia wiary. Jesteś wierzący?

– Chyba tak – odpowiedział chłopak.

– To dobrze, bo wierzący w Boga umieją wierzyć w miłość. W sumie twierdzą, że Bóg jest miłością, więc wykluczenie jednego nijak ma się do drugiego. Ciekawiło mnie zawsze, co Bóg sądzi o tym, co się robi w nocy z miłości – Prorok roześmiał się głośno i uniósł kufel stukając się z kuflem Jana.

– Pan nie wierzy?

– Myślenie o tym, co cię spotka jest sprawą świadomości, poczucia tego co się z tobą dzieje i zrozumienia sytuacji, w których się znajdujesz. Naturalne jest to, że strach robi swoje. Kiedy myślę o końcu i zadaję sobie sprawę, że po wszystkim nie nastąpi nic tylko zupełna ciemność, to zazdroszczę ci miłości do tej kobiety i do Boga.

Przy barze pojawił się barman, któremu mokra koszula przykleiła się do pleców. Zapach jego ciała wypełnił przestrzeń drewnianego baru. Otworzył kolejne butelki z piwem i przelał do pustych kufli.

– No cóż… niebezpieczne i ciemne moje wędrówki po piekle… rzucił chłopak zanurzając usta w ciepłym płynie.

– Chłopcze powiem ci jedno, że każdą miłość trzeba pić powoli. Jeżeli nie chcesz potem spowiadać się ze swoich demonów, rób każdy łyk rozważnie. Czasami można umrzeć z miłości albo zrobić coś czego już nie da się odwrócić. A tego nawet twój Bóg ci nie wybaczy.

Jan zmarszczył czoło, jakby nie zrozumiał tego, co chciał mu powiedzieć Prorok. Kiedy skończyli pić, stary mężczyzna zaproponował, że skoro idą w tym samym kierunku to mogą już wyjść z „Dołka”. Na dworze panował zupełna cisza. Pogaszone światła mieszkań wyglądały jakby były opuszczone. Pod lampą siedziała Bielicka ciągle z tym samym uśmiechem wykutym na twarzy. Panowie szli w zupełnej ciszy ulicą w dół, mijając witryny lokali na większości, których wisiały kartki z napisem WYNAJMĘ. Po chwili Prorok wyciągnął rękę w kierunku swojego kompana.

– Do zobaczenia Janie. Może jeszcze kiedyś się spotkamy.

Jan podał rękę.

– Może… może przepowie mi pan coś dobrego.

– W dobrych rzeczach się nie specjalizuję, tylko twój Bóg – rzucił w półuśmiechu Prorok.

Jego sylwetka zniknęła za budynkiem, a Jan stanął przed otwartymi drzwiami klatki schodowej. Z jej wnętrza wydzierała się ciemność. Gęsta, prawie plastyczna, uginająca się pod oddechem chłopaka. Wtedy w głowie Jana przypomniał się wczorajszy dzień. Śniadanie w łóżku, jej ciepły dotyk i sprośne słowa szeptane do ucha. Potem bluzka, którą zrzucił z jej ramion i przekleństwa w miłosnym uniesieniu. Potem te same przekleństwa mówiła przy obiedzie, tylko brzmiały inaczej. Krzyczała i uderzała go w twarz. Niezrozumiała sytuacja, po której został ból w sercu kiedy trzasnęła drzwiami.

Jan wiedział, że ona nie może go opuścić. Nie mogła tak łatwo od niego odejść. Chłopak chwiejnym krokiem ruszył przez drzwi i zniknął jakby pochłonięty przez ciemność starej kamienicy. Na pietrze zapaliło się światło. Było słychać szczęk kluczy w drzwiach i słowa Jana:

– Czasami można umrzeć… czasami można… umrzeć z miłości.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *