Dym z papierosa

Chodnik do wejścia na cmentarz prowadził wzdłuż wysokiego ceglanego muru, który mocno zniszczony przechylał się tak, jakby miał za chwilę przewrócić się i przygnieść przechodniów. Był wiekowy, wykonany pewnie jeszcze za panowania cara. Pamiętał wszystkich, którzy przeszli przez niego i chyba pod tym ciężarem zaczął się chylić ku ziemi. Furtkę, prowadzącą do małej cmentarnej kaplicy pomalowano na czarno. Stalowe pręty wygięte w roślinne ornamenty wychodziły ponad mur, a na środku widniał napis: NON OMNIS MORIAR. Kaplica była mała. Pełniła kiedyś rolę magazynu. Trzymano w niej łopaty, kilofy, liny do opuszczania trumny i wszystkie inne rzeczy, które były niezbędne grabarzowi. Kilkanaście lat temu właściciel domu pogrzebowego „Hades” przebudował składzik na kaplicę. Odmalowana na biało, z ceglaną dachówką wyglądała jak domki, które się stawia na ogródkach działkowych. Z lewej strony budynku widać było drewniane podwójne drzwi. Małe okno wpuszczało do środka niewiele światła, jakby specjalnie, aby nie rozpraszać nastroju ostatniej posługi.

Drewniane drzwi skrzypnęły głośno. Do kaplicy weszło dwóch mężczyzn. Jeden był wysoki, barczysty z zaczesanymi do tyłu blond włosami. Drugi o wiele starszy, trochę zgarbiony. Na jego nieogolonej twarzy było widać smutek, a oczy miał przeszklone łzami. W środku panował półmrok. W pomieszczeniu stała otwarta trumna. Po jej bokach paliły się dwie gromnice rzucając rozbiegane cienie po bladej twarzy zmarłego. Wyglądało, jakby trumna wypełniała całą przestrzeń, jakby wszystko skupiało się na zamkniętych powiekach tego starego człowieka. Ciało nieboszczyka było mocno wychudzone. Zapadłe policzki oparły się na zębach, sine usta lekko rozchylone, klatka piersiowa unosiła czarny garnitur, który na brzuchu zapadał się i znikł w głębi trumny. Niższy mężczyzna przeżegnał się i klęknął na chwilę, po czym wstał i usiadł na krześle, które stało pod ścianą. Opuścił głowę, a z jego oczu popłynęła łza. Szklistą ścieżką oderwała się od policzka i poszybowała w kierunku czarnej podłogi kaplicy. Wysoki blondyn podszedł powoli do trumny. Z kieszeni na piersi wyjął paczkę „Marlboro” w miękkim opakowaniu. Włożył papierosa do ust i odpalił go od gromnicy. Zaciągnął się mocno i wypuścił kłęb dymu w kierunku okna.

– Tu nie można palić – powiedział cicho starszy mężczyzna.

– No chyba mu już nie zaszkodzi – rzucił blondyn.

– Jak możesz, w takiej chwili… Nie masz wstydu – mężczyzna podniósł się z krzesła, ale po chwili usiadł i znów opuścił głowę.

– Co tak hałasuje? Na czym oni go postawili?

– To chłodziarka. W takie upalne dni jak dzisiaj muszą chłodzić zwłoki, aby nie zaczęły się szybko rozkładać.

– No popatrz, nawet po śmierci serce ma zimniejsze niż lód – blondyn podniósł kąciki ust jakby miał się uśmiechnąć. Podszedł do okna i znów wypuścił dym z palącego papierosa.

– Nie masz wstydu w sobie, on czekał na ciebie, do samego końca…

– Nie przesadzaj, on nigdy na mnie nie czekał i dobrze o tym wiesz. To matka zawsze wpychała mu do głowy ojcowską miłość do mnie. Nic na siłę… Sam mi to powtarzałeś.

Blondyn zaczął chodzić po kaplicy stawiając stopy na płytkach tak jak dzieci, które grają w klasy.

– Dzwoniliśmy do ciebie. Przez kilka dni próbowałem cię znaleźć. Matka odchodziła od zmysłów, chciała żebyś był… Dlaczego nie odbierałeś?

Blondyn milczał. Poszedł do krzesła i usiadł obok. Zaciągnął się papierosem. Dym wypełnił całe pomieszczenie. Szara mgła przykryła snop letniego słońca, które odbijało się od złotych rączek trumny.

– Byłem zajęty. Zmieniłem pracę. Mam dyżury prawie 24 godziny na dobę. Zostawiłem telefon w domu, dopiero wczoraj wieczorem mogłem oddzwonić.

Blondyn ostatnie dwa dni spędził w towarzystwie pewnej długonogiej brunetki. Nie wychodzili z łóżka i parzyli się jak króliki. Wiktoria, bo tak się nazywała, miała tylko 23 lata, ale za to duże doświadczenie w kontaktach z mężczyznami. Blondyn był w niej zakochany, choć wiedział, że nie będzie w stanie utrzymać jej długo przy sobie. Nawet teraz myślał o jej pełnych ustach i jędrnym ciele. Przez głowę przelatywały mu jej jęki, jak echo ostatnich dni. Wiktoria była piękna. Jedyna. Piła zbyt dużo i to go trochę denerwowało. Do tej pory czuł posmak ciepłej wódki z colą, jaką żywili się przez ostatnie dwie noce.

– Nie jest łatwo utrzymać się samemu w dużym mieście. Muszę pracować dłużej i więcej… Mam do spłacenia mieszkanie, samochód… Chyba rozumiesz.

Starszy mężczyzna wytarł oczy i spojrzał na twarz blondyna. Ten nadal zaciągał się papierosem.

– No tak, my tu na prowincji nie mamy takich problemów, my żyjemy wolniej, lepiej, my mamy na wszystko czas. Pierdolisz farmazony braciszku i dobrze o tym wiesz. Znam cię za dobrze i jestem przekonany, że przez ostatni rok nie pomyślałeś o nas, o matce… Nawet nie zadzwoniłeś na święta.

– Byłem za granicą, we Francji – na praktykach. To był dla mnie ciężki czas, faktycznie zapomniałem wtedy o wszystkim, a przez chwilę to nawet o sobie…

Papieros w jego ustach powoli się dopalał. Blondyn przycisnął niedopałek obcasem wypolerowanego buta. Papieros zgasł. Młodszy brat wstał znowu i podszedł do trumny. Położył rękę na krawędzi i spojrzał na zmarłego. Trwał tak w bezruchu kilka minut. Przyglądał się w skupieniu, jakby próbował rozpoznać w zniszczonym ciele znaną twarz.

– Czy to boli? – zapytał cicho.

– Co boli?

– Śmierć, czy śmierć boli? – jego głos zadrżał

– Nie wiem czy boli. Dochodzenie do śmierci bolało go z pewnością. Chorował przez ostatnie 10 miesięcy. Cierpiał. Czasami płakał jak dziecko z bólu. Rak zniszczył mu wszystkie organy wewnętrzne, dopiero kiedy przerzucił się do mózgu, stracił świadomość, przynajmniej częściowo. Rozpoznawał tylko matkę, ale w nocy wołał twoje imię…

– Płakał? To dobrze, że płakał. Ja płakałem setki razy przez niego. Kiedyś tak bardzo chciałem, żeby zdechł jak pies, żeby rozjechał go samochód, albo żeby skręcił kark na schodach, gdy wracał po pijaku do domu. Pamiętasz jak uczył mnie boksu? Pamiętasz? Wystawiał tę swoją wielką rękę i kazał mi w nią uderzać. Był pijany. Ja uderzałem pięściami najmocniej, jak umiałem. Wtedy mi oddał. Kiedy odzyskałem przytomność powiedział, że zawsze powinienem trzymać gardę, bo cios może przyjść zupełnie znienacka.

– Powinieneś odpuścić… Ja pamiętam, co to teraz zmieni.

Starszy mężczyzna podszedł i położył rękę na ramieniu blondyna. Ten wyciągnął kolejnego papierosa i odpalił go od drugiej gromnicy. Ciszę, która zaległa kaplicę zakłócał teraz nerwowy trzask palącego się papierosa. Pomieszczenie wypełniło się kłębami dymu. W pewnym momencie bezkształtne postacie mężczyzn niemal w nich zniknęły. Zbliżał się wieczór, więc światło uciekało z dusznego pomieszczenia wciskane w ciemność posadzki.

– Wiesz poznałem dziewczynę. Jest młodsza ode mnie. Studiuje na moim wydziale. Ma piękne kasztanowe oczy i fantastyczny uśmiech. Chyba się z nią ożenię. Chciałem ją zabrać ze sobą, ale powiedziała, że to moja sprawa zakończyć wszystko jak należy. Powiedziała mi też, że chciałaby was poznać. Może kiedyś do was wpadniemy? – powiedział blondyn.

– Pewnie, u mnie zawsze jesteś mile widziany – braciszku.

W tym momencie drzwi kaplicy otworzyły się z tym samym zgrzytem co kilkadziesiąt minut temu. Do kaplicy weszła wdowa, która prowadziły pod ramion dwie inne kobiety. Za nimi wchodziły kolejne osoby. Ubrane na czarno ginęły w każdym rogu ciasnego pomieszczenia.

Starsza kobieta usiadła obok trumny, płacząc i zanosząc się łzami. Oczy wycierała w mokrą chustkę chustkę w kwieciste wzory. Płacz był autentyczny, czasem strasznie smutny. Za plecami, ktoś też płakał pociągając nosem. Matka spojrzała na swoich synów. Siedzieli ze spuszczonymi głowami wpatrzeni w ziemię. Pochyliła się nad starszym i cicho wyszeptała:

– Synku, wstań i otwórz okno. Wpuścimy trochę powietrza. Ojciec nigdy nie lubił dymu z papierosów…

1 Comment Dym z papierosa

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *